Zamek w Łańcucie - mały Wersal?

Zamek w Łańcucie bywa określany jest mianem małego Wersalu.
Szczycący się przepięknymi wnętrzami i bogatą kolekcją pojazdów konnych, dodatkowo otoczony pięknym kompleksem parkowym o powierzchni ponad 30 ha, jest popularnym celem wycieczek w Polsce południowo-wschodniej. My również pokusiliśmy się o taką wycieczkę. Jakie były nasze wrażenia? Zapraszam do dalszej części wpisu. ;)

Łańcut | Zamek w Łańcucie

Łańcut jest niespełna 20 tysięcznym miasteczkiem w województwie podkarpackim. Położony około 16 km od Rzeszowa, na trasie autostrady A4, jest dobrze skomunikowane ze stolicą województwa, co znacznie ułatwia sprawę przyjezdnym.

Większość turystów odwiedza miasto ze względu na popularny w całym kraju Zamek.
Początki rezydencji sięgają II połowy XVI wieku. Kompleks przez lata zmieniał się, aż do dnia dzisiejszego, gdzie zarządzający starają się odtworzyć wygląd z lat świetności tego miejsca.
Ogród zamkowy zajmuje powierzchnię ponad 30 ha, zatem możemy tutaj spędzić cały dzień na spacerach wśród alejek.
Przez lata rezydencja należała do znanych rodów, w tym do rodów Pileckich i Stadnickich. Obecna należała do Lubomirskich, a następnie Potockich.

Co zobaczyć w Łańcucie, a dokładniej w kompleksie Zamkowym?

ZAMEK W ŁAŃCUCIE - to co najważniejsze!

 

Park i dziedziniec- pierwsze wrażenia

Po przejściu bramy Parku Zamkowego i zobaczeniu obrośniętej bluszczem, ładnie odrestaurowanej fasady budynku, byłam wręcz zachwycona.
Pozytywne wrażenie potęgował fakt, że dookoła było pełno zieleni. Pomyślałam tylko "wow. Nieźle się zapowiada!" i naprawdę czekałam na więcej. Podobało mi się!





Spacer z każdym krokiem był przyjemniejszy; idealnie przycięte krzaki, pięknie kwitnące róże, dużo kolorowych kwiatów i zieleni. Do tego pogoda jak najbardziej sprzyjała, więc korzystaliśmy ile tylko się dało!

Stając na mostku, tuż przed dziedzińcem byłam naprawdę oczarowana. Nie wiem czy już wspominałam, ale naprawdę uwielbiam podziwiać tego typu architekturę. Zresztą, ja bardzo lubię wieeele typów architektury- szczególnie z zewnątrz!

Łańcut | Zamek w Łańcucie







Zrobiłam trochę zdjęć, obeszliśmy wszystko dookoła i postanowiliśmy zwiedzić wnętrza.

Wnętrza

W internecie czytaliśmy wiele bardzo pochlebnych opinii o wnętrzach zamku, zatem nie mogliśmy przepuścić zwiedzenia. Jeśli w środku miało być tak pięknie jak na zewnątrz, czekał nas owocny dzień, pełen samych pozytywnych wrażeń i wartościowej sztuki.
Odebraliśmy nasze audioprzewodniki i... okazało się, że mamy założyć jeszcze jakieś ochraniacze na obuwie. Nie wyglądały one zachęcająco, ale co tam. Wzięłam nasze pary czegoś, co przypominało... kapcie? A może bardziej sandały? Coś w tym stylu. Założyłam i zdębiałam. Mówiąc delikatnie, ślizgało się to jak cholera! Z moimi kolanami, bałam się zrobić w tym krok. Naprawdę bałam się odejść od ławki...

W międzyczasie zaczepiła nas pewna Pani, która wróciła ze zwiedzania i stwierdziła, że chodzi się w tym strasznie! Popatrzyła na nas, popatrzyła na babcię... "Wy to jeszcze taka młodzież, ale Pani, to naprawdę tam na siebie uważa". Chwila konsternacji, moja kolejna próba przejścia kawałka w tym cholerstwie... i rezygnacja.

Zrezygnowaliśmy ze zwiedzania wnętrz całkowicie! W perspektywie jeszcze około 1000km do przejechania, wolałam nie testować podkarpackich szpitali, bo żadna to przyjemność. I babcię chciałam odwieźć do domu w jednym kawałku- bez gipsów!

Byłam trochę... zniesmaczona. Ja rozumiem, że troska o podłogi, ale z czymś takim się jeszcze nie spotkałam. Już lepsze by były te szpitalne nakładki na obuwie, czy cokolwiek innego w tym stylu, niż jakieś wyślizgane, znoszone przez x ludzi kapcie! Jeśli ktoś ma problemy czy to z kolanami, czy z kostkami będzie się bał w tym wynalazku zrobić kroku. Ja się bałam!

Tym sposobem, nasza wizyta w Łańcucie się znacząco skróciła. Mam też poczucie, że wiele straciliśmy, że ominęła nas jedna z największych atrakcji tego miejsca, czego bardzo żałuję. Z drugiej jednak strony był to jedyny dla nas rozsądny wybór.

Stajnia i wozownia

Kolejne kroki skierowaliśmy ku Stajni i Wozowni.



Budynki te znajdują się po drugiej stronie ulicy w stosunku do Parku Zamkowego. W pierwszym budynku można zobaczyć m.in. boksy koni, kilka wozów i gabinet.


Po przejściu przez podwórko, wchodzimy do Wozowni. Tam na dosyć dużej powierzchni zgromadzono przeróżne powozy. Starsze, nowsze. Bardziej i mniej oficjalne.




Można pooglądać, ale jak dla mnie to wszystko było... sama nie wiem jak to określić. Takie statyczne. Oczywiście nie liczyłam, że zaprezentują nam wozy jeżdżące, ale mimo wszystko oczekiwałam czegoś trochę innego. Znowu poczułam się tutaj, jak w takim typowym polskim muzeum, za którym ja nie przepadam. W tamtym dniu na szczęście całą robotę na mój humor i zadowolenie ze zwiedzania robił Wiedeń, ale o tym wspomnę jeszcze na koniec. ;)

Na zakończenie zwiedzania tej części kompleksu, dokupić można również przejażdżkę bryczką. Nie wiem niestety, ile taka przyjemność kosztuje.

Nieopodal Stajni i wozowni, obejrzeć można zbiory ikon, jednak my tam w jakiś sposób nie dotarliśmy.


Storczykarnia

Storczykarnia była na drugim miejscu- zaraz po zamku, po którym spodziewałam się najwięcej. Liczyłam, że zobaczę tam masę kwiatów, których nie sposób dostać w zwykłej kwiaciarni. Zastanawiałam się już nawet komu takiego kwiatka kupić na pamiątkę i jak ja je do domu dowiozę.
Niestety, aż tak cudownie nie było.

Rośliny oglądamy w szklarni, która na bieżąco nawilżana jest strugami wody wypuszczanymi w powietrze w postaci pary wodnej. W środku jest bardzo zielono i.. baaardzo ciepło!
Wrażenie jest przyjemne w odbiorze, jednak zobaczyć możemy bardzo wiele kwiatów, które znajdziemy i w lepszych kwiaciarniach- bez efektu WOW!




Po powrocie doczytałam, że w części ekspozycyjnej, prezentowane są tylko najefektywniejsze rośliny będące w okresie kwitnienia, reszta znajduje się w szklarniach zaplecza, więc zaczęłam się zastanawiać, czy być może my nie trafiliśmy przypadkiem akurat na kiepski okres i nie widzieliśmy całej okazałości zasobów...

Poza samą storczykarnią, w budynku znajduje się kawiarnia i stawy z kwitnącymi liliami wodnymi. Przyjemne miejsce na wypicie kawy i spędzenia czasu z najbliższymi.

Park otaczający zamek

Park otaczający zamek, to zdecydowanie najlepszy punkt zwiedzania. Jest to bardzo rozległy obszar, idealnie zadbany, z pięknymi alejkami i ławeczkami na których możemy spokojnie odpocząć w cieniu rozłożystych drzew. Od czasu do czasu da się usłyszeć stukot końskich kopyt, zaprzężonych do bryczki wiozącej turystów.




Bliżej zamku kwitnie wiele pięknych kolorowych kwiatów, które w połączeniu z kolorami fasady i odbiciem promieni słonecznych stwarzają bardzo przyjemną atmosferę... coś jak w ogrodzie botanicznym.

BŁĘKITNA MARKIZA, BIAŁA DAMA I DIABEŁ ŁAŃCUCKI - o tym nie usłyszycie nigdzie indziej!

Nie wszyscy wiedzą, że pierwotnie Zamek był budowlą obronną. Wpływ miały na to przede wszystkim fosy, które odegrały znaczącą rolę w czasie najazdu Szwedów. Warto dodać, że zamek ten nigdy nie został siłą odbity właścicielom.

Z Łańcutem wiąże się kilka ciekawych legend, które przeplatając się z historycznymi zdarzeniami sprawiają, że możemy trochę bardziej zagłębić się w dzieje tego miejsca. Tymi najbardziej popularnymi są te o Błękitnej Markizie, Białej Damie i Diable Łańcuckim.

Błękitną Markizą określana była Izabela Lubomirska. Miano takie otrzymała dzięki ulubionemu kolorowi- błękitowi. Legendy o damie w błękitnej sukni widywanej w zamku krążą do dziś.

Białą Damę natomiast wiąże się z Julią- córką Izabeli, która osamotniona w małżeństwie z Janem Potockim, zakochała się w oficerze rosyjskich wojsk. Z tęsknoty za ukochanym, gdy ten wyruszył na front, słała mu listy z rezydencji matki. Legenda głosi, że można ją spotkać piszącą list, przy biurku w zamkowych komnatach.

Inna legenda dotyczy jednego z mieszkańców Zamku, czyli Stanisława Stadnickiego, nazwanego z czasem Diabłem Łańcuckim, ze względu na liczne prowadzone potyczki. Początkowo wojskowy, później aferzysta. Typ awanturnika, rabusia... ale przypisywano mu także te najpoważniejsze przestępstwa jak gwałty i morderstwa! Inicjator lokalnej wojny ze Starostą Leżajskim. „Diabeł Łańcucki” zginął w czasie ostatecznego rozrachunku ze Starostą, ginąc dobity przez Tatar, którego zwano Persa.

Diabła Łańcuckiego najprędzej spotkać można na koniu w burzliwe noce na ulicach miasta. Mówi się, że pędzi on wtedy na kolejne boje.

Warto też wspomnieć, że w zamku kręcono sceny filmy "Hrabina Cosel"

INFORMACJE PRAKTYCZNE


Zgodnie z Cennik Muzeum w Łańcucie na 2019 rok, bilet ulgowy na wszystkie obiekty to wydatek 33zł, a normalny 42zł.

Ciekawą opcją jest akcja "Kultura Dostępna" w ramach której uczniom, studentom oraz osobom niepełnosprawnym, na każdą z wystaw stałych przysługują bilety za 1zł.

Poniedziałek jest dniem darmowego zwiedzania (bez przewodników i audioprzewodników)

JAK DOJECHAĆ I GDZIE ZAPARKOWAĆ

W zależności od tego skąd jedziemy, mamy kilka opcji do wyboru. Do Łańcuta dojeżdżają pociągi głównie z Przemyśla i Rzeszowa, ale także Tarnowa, Wrocławia, Warszawy, a nawet bezpośrednio z Berlina. Poza tym kursują różnego rodzaju autobusy i busiki, jednak moim zdaniem w tym przypadku najlepszą opcją jest wybór własnego auta.

Mamy do wyboru autostradę A4, drogi krajowe oraz oczywiście lokalne połączenia.

Nasza trasa przebiegała wschodnią częścią województwa, a do Łańcuta wjeżdżaliśmy od strony Jarosławia i przez większą część trasy, zdecydowanie nie mieliśmy na co narzekać.



Jeśli chodzi o parkowanie niedaleko zamku, to jest ono płatne (My tak naprawdę innych miejsc nie znaleźliśmy, ale przyznaję że nie szczególnie szukaliśmy. Miało być blisko.) Opłatę regulowaliśmy u Pana z przenośnym biletomatem, który wydał nam kwit, ceny dokładnie nie pamiętam, ale nie była ona zaporowa (jak chociażby w Wiśle, gdzie płaciliśmy od 5zł za godzinę wzwyż!)

Można zaparkować w centrum, skąd dosłownie 5 minut spacerkiem do parku. Da się stanąć nawet w okolicach samej bramy, ale tutaj jak można się domyślić, trzeba liczyć na szczęście z miejscami.

W sezonie jest dosyć ciasno do parkowania, jednak baczne oko i chwila cierpliwości, a nie powinno być problemów z zostawieniem auta. ;)

OGÓLNE WRAŻENIA - Miejsce o dwóch obliczach

Naczytałam się, że Łańcut to jedno z najbardziej urokliwych miejsc w tej części kraju, że Zamek to perła architektury, mały Wersal... Eh, chyba zrobiłam się strasznie wybredna! Chciałabym tutaj napisać, że jestem zachwycona, że Zamek w Łańcucie wywarł na mnie tak dobre wrażenie, że wciąż mi mało... niestety tak nie było. Być może nastawiłam się na zbyt wiele? Jak już wspomniałam, sam Zamek robi dobre wrażenie z zewnątrz, Park jest przyjemnym miejscem na spacer, ale nie jest to miejsce warte kilkuset kilometrów jazdy. Gdybyśmy jechali z domu, bylibyśmy bardzo rozczarowani, a tak te 200km można było zrobić, chociażby dla tego spaceru wśród kwiatów. Na nic więcej już nie mieliśmy po takim rozczarowaniu ochoty, więc zaraz po obiedzie ruszyliśmy w drogę powrotną. Czy żałuję tego wyjazdu? Nie. Zobaczyłam na własne oczy co i jak, zatem jeśli jesteście w okolicy- zajrzyjcie. Nie nastawiając się na rewelacje, spędzicie całkiem miło dzień, ale bardziej odpoczywając w parku. Ja osobiście musiałabym oszukać samą siebie twierdząc, że jest to miejsce szczególnie warte odwiedzenia, ale opinia każdego z nas może się przecież różnić. ;)

Więcej aktualnych informacji znajdziecie na stronie Muzeum - Zamek w Łańcucie, gdzie udostępniono chociażby mapę zwiedzania.

Jeżeli byliście już w Łańcucie, koniecznie dajcie znać jakie są Wasze wrażenia!
Pozdrawiam, Viola ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz