Obserwuj bloga przez e-mail

#TOP15: Bydgoszcz (listopad)

#TOP15: Bydgoszcz (listopad)

W ostatnich postach pokazywałam Wam trochę listopadowej Bydgoszczy. Jesienne barwy, mgła nadająca pewnej tajemniczości oraz urokliwe zakątki miasta, zachęciły mnie do utworzenia kolejnego postu z serii TOP 15!
15 jak już zapewne wiecie, jest dla mnie wyjątkową liczbą, dlatego dzisiaj na podsumowanie zebrałam wszystko to, co najbardziej mi się spodobało… na zdjęciach!
Zobaczcie do których najbardziej lubię wracać. Zapraszam ;)

1.




2.



3.



4.



5.



6.



7.



8.



9.



10.



11.




12.



13.



14.



15. 

Turystyczne serce Bydgoszczy (w jesiennym wydaniu).

Turystyczne serce Bydgoszczy (w jesiennym wydaniu).

Sercem Bydgoszczy- szczególnie tym turystycznym- jest Wyspa Młyńska i okolice starówki. Miasto i rzeka, to dla mnie połączenie prawie idealne, a w ostatnich latach Bydgoszcz konsekwentnie zwraca się ku wodzie.
Jesteście ciekawi, jak wygląda serce miasta w jesiennych barwach?





Tą część spaceru rozpoczęła się w okolicach Poczty Głównej, skąd udałam się ku Staremu Portowi.
Tam znajduje się m.in. bardzo ładnie odnowiona restauracja.




Brzegiem rzeki można spacerować i spacerować. Uwielbiam miasta z takimi miejscami! 
Tym razem skierowałam się w stronę mostu prowadzącego na stare miasto, podziwiając przepiękne widoki, jakie przynosiła ze sobą mgła unosząca się tuż nad wodą.





Zamiast iść na początku na starówkę, postanowiłam pójść dalej w kierunku Opery.
Wspięłam się tylko na chwilę na most, by móc zrobić zdjęcie Przechodzącemu przez rzekę.
Wiecie co symbolizuje ta rzeźba?


 
Pojawiła się w Bydgoszczy 1 maja 2004 r. – dla upamiętnienia wejścia Polski do Unii Europejskiej!

Nawet tak ważne wydarzenie, nie mogło sprawić, by coś znalazło się tutaj przypadkowo. 
Drugim słynnym symbolem miasta jest oczywiście Łuczniczka, a… przyglądał się ktoś kiedyś temu, co przechodzący przez rzekę trzyma w lewej ręce?

Bydgoskie „legendy” mówią o tym, że jest to strzała wypuszczona przez Łuczniczkę.

Drugim łączącym obie rzeźby elementem są rzymskie sandały. 
Przechodzący przez rzekę ma je przerzucone przez ramię, natomiast u Łuczniczki są jedynym elementem ubrania! 

Dochodząc do Opery, możemy zobaczyć Łuczniczkę Novą, ale przede wszystkim spędzić trochę czasu nad wodą.



Opera Nova była budowana ponad 30 lat, jednak obecnie jest jednym z nowocześniejszych i najbardziej wszechstronnych teatrów muzycznych w Polsce. Z własnego doświadczenia, mogę stwierdzić, że naprawdę warto skorzystać z oferty!

Przed Operą znajdziemy też mostek obwieszony kłódkami- bardzo je lubię, więc tym razem, również nie umiałam sobie odpuścić spaceru po takowym.



Niestety przyszła też niemiła niespodzianka. Ni stąd ni zowąd w aparacie zaczęła migać diodka baterii i strach mi się rzucił na oczy, gdy okazało się, że dzisiaj to raczej nie zaszaleję ze zdjęciami- a jeszcze jeden baaardzo ważny cel był przed nami!
Jednak trzeba było jakoś walczyć dalej.


Spacer po Bydgoskiej Wenecji tym razem mnie naprawdę zachwycił.
Kolory, które dominowały w tym czasie, nie pozwalały oderwać oczu od widoku na rzekę, na budynki… całe zagospodarowanie tego terenu. Zobaczcie sami, jak niesamowicie wszystko wyglądało!










A takie tabliczki spotkamy przed miejscami, gdzie z naszymi pupilami wchodzić nie powinniśmy ;)


Ostatnim turystycznym akcentem wyjazdu, była wizyta na starówce.
Zrobiłam zaledwie kilka zdjęć, pokręciłam się po rynku i zaszłam do punktu informacji turystycznej. Na tym zakończyło się zwiedzanie.


Na zewnątrz było dosyć zimno, a po tak długim spacerze, moje dłonie domagały się NATYCHMIAST czegoś ciepłego, więc czas było zaszyć się w kawiarni z kubkiem gorącego napoju.
Miasto zaskoczyło naprawdę bardzo pozytywnie! Upewniłam się, że wiele tam do zobaczenia o każdej porze rok. (hmm zimy co prawda jeszcze nie widziałam, ale postaram się to nadrobić- być może jeszcze w tym roku!)

Dawniej nie byłam aż tak bardzo przekonana do Bydgoszczy- wolałam Toruń (a jak wielu by stwierdziło, to się wyklucza!), jakoś nie umiałam się tam odnaleźć, ale przyznam szczerze, że teraz się to zmienia. Być może na początku po prostu trafiałam nie w te miejsca, w które powinnam? ;)

Muzeum Browaru w Żywcu.

Muzeum Browaru w Żywcu.

Co robić w okolicach Żywca, odpoczywając od wędrówek po górskich szlakach lub w deszczowe dni?
Opcji jest wiele. Dzisiaj przedstawię Wam jedną z nich: muzeum, które tylko w minimalnym stopniu przypomina te "standardowe"- Muzeum Browaru w Żywcu! 

źródło
Beskidy są naprawdę przepiękne i uwielbiam je całym serduchem, ale przy każdym wypadzie w góry, można trochę odpocząć od długich spacerów i podziwiania krajobrazów, szczególnie jeśli przydarzy nam się kilka dni gorszej pogody.

Jak już wspomniałam wcześniej, muzeum te jest inne od tych dobrze nam znanych.
Niewiele tam eksponatów, które możemy oglądać tylko zza barierek czy szklanych ochronek.
Tutaj historię poznajemy za pomocą wszystkich zmysłów!

Na początku bałam się, że będzie to muzeum jak muzeum...A za tymi raczej nie przepadam. Po kilku wcześniej odwiedzonych, miałam ich już lekko dosyć, bałam się po raz kolejny trafić na nudny film  lub na "suche eksponaty", które tak naprawdę nie były w stanie zbytnio zainteresować. Ba, trzeba jeszcze uważać, żeby nie podejść zbyt blisko wystawy!

O Muzeum Browaru słyszałam sporo dobrego jeszcze przed wizytą, a pogoda tylko „przyklepała decyzję”. Przy padającym deszczu, ciężko postawić na coś innego.

Jak dotrzeć do muzeum?

Dotarcie z centrum miasta do Muzeum nie powinno nikomu sprawić problemu, wystarczy kierować się na Wieprz ulicą Dworcową, następnie na rondzie wjechać w ulice Browarną, która doprowadzi nas pod Muzeum.  (Browarna 88)

Samo wejście jest już dosyć nietypowe i zaskakujące.



Dalej jest jeszcze ciekawiej!

Co na miejscu?

Na początku wchodzimy do dużego holu, gdzie znajdują się kasy.
W ramach biletu, zapewnione mamy zwiedzanie Muzeum wraz z degustacją piwa lub soku, a dodatkowo na prezent szklankę Żywca.
Na każde wejście (o ile nie rezerwujemy go wcześniej przez internet) zazwyczaj przychodzi nam trochę poczekać, ponieważ chętnych jest sporo, jednak warto poświęcić ten czas.

Przed rozpoczęciem zwiedzania, każda grupa otrzymuje przewodnika, który wprowadza nas w świat starego browaru.


Światło jest tam lekko przyciemnione, a większość eksponatów jest osobno podświetlona, co daje fajne efekty.

W pierwszych salach można obserwować podstawowe etapy ważenia piwa, a także początki i rozbudowę browaru.


Kolejne pomieszczenia podzielone są tematycznie i pokazują coraz to więcej szczegółów z funkcjonowania tego miejsca.


Przechodząc przez sale, zagłębiamy się m.in. w tajniki ważenia piwa, działania maszyn do tego używanych, ale także możemy dowiedzieć się np. jakiego i skąd pochodzącego chmielu się przy tym używa.



Jedną z dodatkowych atrakcji jest "wehikuł czasu".

Jest to "maszyna", przy pomocy której mamy przenieść się z czasów obecnych do początków Browaru w Żywcu.

Wchodzi się wtedy do czegoś w rodzaju kapsuły, gdzie puszczane są różnego rodzaju filmy i efekty dźwiękowe…by po chwili poczuć coś, co przypomina start rakiety.
Pod nogami trzęsie się ziemia… I bum! Gdy to się już zakończy wychodzimy jakby w innej- starej rzeczywistości. 



Przechadzamy się po uliczkach, obserwujemy gabinety piwowarów oraz mamy okazję doświadczyć tego jak wyglądała praca ludzi związanych z tym trunkiem dawniej, jak i teraz.
(w środku możemy nawet "spotkać" straszącego psa)



Dodatkową atrakcją była kręgielnia, w której spędziliśmy chwilę wolnego czasu, jako przerwa między dwoma częściami zwiedzania.
Dla tych którzy chcieli posiedzieć i złapać oddech przyszykowane były gazety z początków XX wieku.



Kolejne odwiedzane miejsca obrazowały nam jak zmieniały się już same produkowane w żywieckim browarze piwa; butelki, etykiety itp.





Był to już prawie koniec wycieczki.
Zostało jeszcze przejście przez labirynt, w którym także dowiedzieliśmy się nowych rzeczy o tym miejscu i jego historii.




Znalazłam również niemiecki akcent! (było ich całkiem sporo)


Jest tam również miejsce, gdzie Browar chwali się swoimi sukcesami oraz akcjami w których uczestniczył.
Liczne wyróżnienia i nagrody są tu dostępne dla zwiedzających.

Przechodząc już do sali, w której zwiedzanie kończy się degustacją, mijamy jeszcze gabloty z medalami, ale także kuflami do piwa z różnych okresów.

 

Wrażenia

Polecam każdemu wycieczkę w to miejsce.
Naprawdę warto!
Było kilka osób z dziećmi i wydaje mi się, że raczej się nie nudziły- przynajmniej przez większość zwiedzania.

Nie jest to typowe muzeum. Nie ma tam miejsca na nudę, a i sam przewodnik potrafi zaciekawić.
Bliskość eksponatów oraz fakt, że można do nich podejść, dotknąć, "przetestować" jak działają ma bardzo duże znaczenie.
Na własnej skórze czuje się atmosferę, o którą ciężko w typowym miejscu np. z obrazami.

W tym roku część wystaw może się trochę różnić, jednak  polecam gorąco wizytę, chociażby w przerwie górskich wędrówek. Na pewno będzie warto poświęcić trochę czasu.

W Muzeum Browaru funkcjonuje sklepik z pamiątkami. Można tam kupić baaaardzo wiele różnych drobiazgów i nie tylko; od długopisów i breloczków po kieliszki i kufle. Ceny z tego co pamiętam do najniższych nie należały... ale co kto lubi. ;)

Więcej informacji znajdziecie na stronie: muzeumbrowaru.pl

P.S. Postanowiłam odświeżyć kilka postów i zacząć publikować relacje z wyjazdów, które odbyły się już dawno, a posty wciąż nie mogły się doczekać na miejsce na blogu. Informacje staram się sprawdzać na bieżąco, więc mam nadzieję, że komuś z Was się one przydadzą. ;)
Copyright © Traviollini , Blogger