#TOP15: Bydgoszcz (listopad)

#TOP15: Bydgoszcz (listopad)

W ostatnich postach pokazywałam Wam trochę listopadowej Bydgoszczy. Jesienne barwy, mgła nadająca pewnej tajemniczości oraz urokliwe zakątki miasta, zachęciły mnie do utworzenia kolejnego postu z serii TOP 15!
15 jak już zapewne wiecie, jest dla mnie wyjątkową liczbą, dlatego dzisiaj na podsumowanie zebrałam wszystko to, co najbardziej mi się spodobało… na zdjęciach!
Zobaczcie do których najbardziej lubię wracać. Zapraszam ;)

1.


Turystyczne serce Bydgoszczy (w jesiennym wydaniu).

Turystyczne serce Bydgoszczy (w jesiennym wydaniu).

Sercem Bydgoszczy- szczególnie tym turystycznym- jest Wyspa Młyńska i okolice starówki. Miasto i rzeka, to dla mnie połączenie prawie idealne, a w ostatnich latach Bydgoszcz konsekwentnie zwraca się ku wodzie.
Jesteście ciekawi, jak wygląda serce miasta w jesiennych barwach?




Bydgoszcz w jesiennej odsłonie.

Bydgoszcz w jesiennej odsłonie.

Bydgoszcz, to jedno z największych miast w Polsce. Turystów kusi wieloma atrakcjami, a na każdym kroku nie sposób nie dostrzec bogatej historii tego miasta. Okazałe kamienice, muzea i galerie sztuki oraz liczne parki, zapewniają rozrywkę nie tylko przyjezdnym, ale przede wszystkim miejscowym!


Tak późnojesienna wycieczka, to dla mnie niecodzienna sprawa. Zazwyczaj sezon wyjazdowy „zawieszam” na okres zimnych, krótkich i mokrych dni (taki zmarzlak ze mnie ;) ), jednak tym razem się przełamałam i końcowo, byłam naprawdę zadowolona!

Połączenia Olsztyn -> Bydgoszcz są stosunkowo dobre. Zarówno autem jak i pociągiem. Bilet studencki na PKP, to wydatek zaledwie 15 zł! Warto? Jak najbardziej! ;D

Pogoda w Bydgoszczy- podobnie jak w Olsztynie była nie najlepsza; chłód, mgła i jeszcze padająca mżawka. Pocieszać mógł jednak fakt, że było tam o wiele cieplej niż u mnie! Nie miałam wielkich planów na ten dzień. Chciałam po prostu zobaczyć coś nowego i fajnie spędzić czas.
 
W Bydgoszczy bywałam już wiele razy, jednak naprawdę chce się tam wracać. Odnoszę wrażenie, że wciąż mam tyle miejsc do odkrycia! Znajomi zawsze oprowadzali mnie po tych typowych atrakcjach, a tym razem chciałam się trochę zgubić, zobaczyć coś nowego, więc już idąc z dworca do centrum, starałam się wybrać trasę inną niż zazwyczaj.





Takim oto sposobem dotarłam do Parku im. Kazimierza Wielkiego.

Idąc od ulicy Gdańskiej, najpierw docieramy pod Galerię Sztuki z bardzo ciekawą elewacją jednej z zewnętrznych ścian.


Dokładnie na przeciwko znajduje się kościół pw. Św. Apostołów Piotra i Pawła. Bardzo spodobała mi się cegła z której został wybudowany i dosyć nietypowe kształty wieżyczek, na których bardzo licznie przesiadywały gołębie.




Warto przejść się dookoła. Po prawej stronie (patrząc od fontanny „Potop”) rośnie okazały pomnik przyrody.



Sama fontanna, to dosyć oryginalna część parku. Świeżo po renowacji, może przyciągać uwagę odwiedzających.




Co prawda w parku w tej mało spacerowej aurze (chociaż oczywiście co kto lubi ;) ) nie było tak pięknie, jak zapewne w innych porach roku, jednak mgła nadawała pewnego niesamowitego klimatu temu miejscu.
Wszędzie było pełno gołębi, a alejkami spacerowały matki z dziećmi w wózkach.


Nieopodal umieszczono też tablicę upamiętniającą.


Mnóstwo jest tam wody, natura na każdym kroku jest naprawdę odczuwalna, a wszystko w zasadzie w samym centrum miasta.






Po drodze trafiłam na plac zabaw, gdzie zaskoczył mnie zakaz... wchodzenia w szpilkach.



OK. rozumiem, że piach i te sprawy, ale to chyba każdego indywidualna kwestia jak komu wygodnie... Spotkaliście się z takimi zakazami u siebie? Ja na razie nigdzie indziej takiego nie widziałam, albo po prostu nie zwracałam na to uwagi.

Bliskość dużego miasta i fakt, że park znajduje się w samym jego sercu, dało się odczuć już kilka kroków dalej. Wychodząc z parku, znajdujemy się od razu przy bardzo ruchliwej ulicy, przy której mieści się np. Dom Rzemiosła



Kilka metrów dalej mieści się poczta główna, na której kupuję zawsze po kilka pocztówek oraz kolejny ciekawy  magnes.


(Szczerze mogę polecić: Urząd Pocztowy Bydgoszcz 1 - Jagiellońska 6. Zawsze dobrze zaopatrzeni, jeszcze nie spotkałam się, żeby nie mieli tam tego, po co turysta zazwyczaj zagląda w takie miejsca. Placówka czynna jest przez całą dobę.)

Na tym zakończę pierwszą część spaceru po Bydgoszczy.
W kolejnej (zdecydowanie mojej ulubionej!) wybrałam się nad sam brzeg Brdy, gdzie odkryła inne liczne atrakcje miasta… same perełki!
Ale o tym niedługo. ;)

Muzeum Browaru w Żywcu.

Muzeum Browaru w Żywcu.

Co robić w okolicach Żywca, odpoczywając od wędrówek po górskich szlakach lub w deszczowe dni?
Opcji jest wiele. Dzisiaj przedstawię Wam jedną z nich: muzeum, które tylko w minimalnym stopniu przypomina te "standardowe"- Muzeum Browaru w Żywcu! 

źródło
Beskidy są naprawdę przepiękne i uwielbiam je całym serduchem, ale przy każdym wypadzie w góry, można trochę odpocząć od długich spacerów i podziwiania krajobrazów, szczególnie jeśli przydarzy nam się kilka dni gorszej pogody.

Jak już wspomniałam wcześniej, muzeum te jest inne od tych dobrze nam znanych.
Niewiele tam eksponatów, które możemy oglądać tylko zza barierek czy szklanych ochronek.
Tutaj historię poznajemy za pomocą wszystkich zmysłów!

Na początku bałam się, że będzie to muzeum jak muzeum...A za tymi raczej nie przepadam. Po kilku wcześniej odwiedzonych, miałam ich już lekko dosyć, bałam się po raz kolejny trafić na nudny film  lub na "suche eksponaty", które tak naprawdę nie były w stanie zbytnio zainteresować. Ba, trzeba jeszcze uważać, żeby nie podejść zbyt blisko wystawy!

O Muzeum Browaru słyszałam sporo dobrego jeszcze przed wizytą, a pogoda tylko „przyklepała decyzję”. Przy padającym deszczu, ciężko postawić na coś innego.

Jak dotrzeć do muzeum?

Dotarcie z centrum miasta do Muzeum nie powinno nikomu sprawić problemu, wystarczy kierować się na Wieprz ulicą Dworcową, następnie na rondzie wjechać w ulice Browarną, która doprowadzi nas pod Muzeum.  (Browarna 88)

Samo wejście jest już dosyć nietypowe i zaskakujące.



Dalej jest jeszcze ciekawiej!

Co na miejscu?

Na początku wchodzimy do dużego holu, gdzie znajdują się kasy.
W ramach biletu, zapewnione mamy zwiedzanie Muzeum wraz z degustacją piwa lub soku, a dodatkowo na prezent szklankę Żywca.
Na każde wejście (o ile nie rezerwujemy go wcześniej przez internet) zazwyczaj przychodzi nam trochę poczekać, ponieważ chętnych jest sporo, jednak warto poświęcić ten czas.

Przed rozpoczęciem zwiedzania, każda grupa otrzymuje przewodnika, który wprowadza nas w świat starego browaru.


Światło jest tam lekko przyciemnione, a większość eksponatów jest osobno podświetlona, co daje fajne efekty.

W pierwszych salach można obserwować podstawowe etapy ważenia piwa, a także początki i rozbudowę browaru.


Kolejne pomieszczenia podzielone są tematycznie i pokazują coraz to więcej szczegółów z funkcjonowania tego miejsca.


Przechodząc przez sale, zagłębiamy się m.in. w tajniki ważenia piwa, działania maszyn do tego używanych, ale także możemy dowiedzieć się np. jakiego i skąd pochodzącego chmielu się przy tym używa.



Jedną z dodatkowych atrakcji jest "wehikuł czasu".

Jest to "maszyna", przy pomocy której mamy przenieść się z czasów obecnych do początków Browaru w Żywcu.

Wchodzi się wtedy do czegoś w rodzaju kapsuły, gdzie puszczane są różnego rodzaju filmy i efekty dźwiękowe…by po chwili poczuć coś, co przypomina start rakiety.
Pod nogami trzęsie się ziemia… I bum! Gdy to się już zakończy wychodzimy jakby w innej- starej rzeczywistości. 



Przechadzamy się po uliczkach, obserwujemy gabinety piwowarów oraz mamy okazję doświadczyć tego jak wyglądała praca ludzi związanych z tym trunkiem dawniej, jak i teraz.
(w środku możemy nawet "spotkać" straszącego psa)



Dodatkową atrakcją była kręgielnia, w której spędziliśmy chwilę wolnego czasu, jako przerwa między dwoma częściami zwiedzania.
Dla tych którzy chcieli posiedzieć i złapać oddech przyszykowane były gazety z początków XX wieku.



Kolejne odwiedzane miejsca obrazowały nam jak zmieniały się już same produkowane w żywieckim browarze piwa; butelki, etykiety itp.





Był to już prawie koniec wycieczki.
Zostało jeszcze przejście przez labirynt, w którym także dowiedzieliśmy się nowych rzeczy o tym miejscu i jego historii.




Znalazłam również niemiecki akcent! (było ich całkiem sporo)


Jest tam również miejsce, gdzie Browar chwali się swoimi sukcesami oraz akcjami w których uczestniczył.
Liczne wyróżnienia i nagrody są tu dostępne dla zwiedzających.

Przechodząc już do sali, w której zwiedzanie kończy się degustacją, mijamy jeszcze gabloty z medalami, ale także kuflami do piwa z różnych okresów.

 

Wrażenia

Polecam każdemu wycieczkę w to miejsce.
Naprawdę warto!
Było kilka osób z dziećmi i wydaje mi się, że raczej się nie nudziły- przynajmniej przez większość zwiedzania.

Nie jest to typowe muzeum. Nie ma tam miejsca na nudę, a i sam przewodnik potrafi zaciekawić.
Bliskość eksponatów oraz fakt, że można do nich podejść, dotknąć, "przetestować" jak działają ma bardzo duże znaczenie.
Na własnej skórze czuje się atmosferę, o którą ciężko w typowym miejscu np. z obrazami.

W tym roku część wystaw może się trochę różnić, jednak  polecam gorąco wizytę, chociażby w przerwie górskich wędrówek. Na pewno będzie warto poświęcić trochę czasu.

W Muzeum Browaru funkcjonuje sklepik z pamiątkami. Można tam kupić baaaardzo wiele różnych drobiazgów i nie tylko; od długopisów i breloczków po kieliszki i kufle. Ceny z tego co pamiętam do najniższych nie należały... ale co kto lubi. ;)

Więcej informacji znajdziecie na stronie: muzeumbrowaru.pl

P.S. Postanowiłam odświeżyć kilka postów i zacząć publikować relacje z wyjazdów, które odbyły się już dawno, a posty wciąż nie mogły się doczekać na miejsce na blogu. Informacje staram się sprawdzać na bieżąco, więc mam nadzieję, że komuś z Was się one przydadzą. ;)
Postanowienia noworoczne 2018.

Postanowienia noworoczne 2018.

Postanowienia noworoczne- hit czy kit?
Krąży o nich chyba tyle samo mitów, ile jest prawd. Albo odwrotnie!

Według mnie, jest to dobra okazja do zmian, do rozpoczęcia czegoś nowego, ale przede wszystkim, by zacząć musimy chcieć!

źródło

Nie lubię powiedzenia „nowy rok- nowa ja”, bo tak naprawdę sam nowy rok niewiele zmienia. Zmiany muszą zajść w nas samych, a na pewno nie nastąpi to w czasie przesunięcia wskazówki zegara z 23:59 na 0:00.
Jeśli sami się nie zmotywujemy, to ani dzień, ani miesiąc niewiele tutaj pomogą!
 
Jednak początek nowego roku może być bodźcem do rozpoczęcia tych zmian, do kształtowania nawyków, które mają zaowocować taką większą "metamorfozą". W końcu większości z nas potrzebny jest jakiś (chociażby najmniejszy) impuls do działania- bez względu na to, na czym miałby on polegać!
Nawet, gdy nie marzą nam się wielkie zmiany, planujemy… bo chyba każdy mniej lub bardziej lubi to robić. Bo każdy ma swoje marzenia i cele. Przede wszystkim dlatego, że nikt z nas nie chce stać w miejscu. Dla jednych będzie to kupno mieszkania czy podróż dookoła świata, a dla innych zwykła  wizyta u fryzjera i zmiana wyglądu.

Ja w 2018 przygotowałam dwie listy celów na nowy rok. Jedną główną- taką bardziej ogólną, oraz „małe cele 2018”.

Dlaczego dwie?

Pierwsza, to plany, które w większości raczej ciężko zrealizować „tu i teraz” i wymagają one znacznie więcej czasu i zaangażowania, ciężko też je konkretnie sprecyzować.

Moja 15 na ten rok:


1. Samorozwój
2. Szlifowanie niemieckiego i angielskiego (+odświeżenie podstaw rosyjskiego i włoskiego)
3. Większa dyscyplina w kwestii wydatków
4. Rozciągane i regularne treningi
5. Minimum 15 książek rocznie
6. Minimum 15 nowych miejsc (większych i mniejszych)
7. Zwiedzenie nowych miast Hanzy
8. Powrót do Wiednia! (chociaż na chwilę. Teraz potrzebuję tego miasta jak tlenu.. a dokładniej mówiąc jak dodatkowych kilku godzin snu, które mi zabiera! ;D )
9. Ćwiczenie fotografii (chciałabym robić więcej zdjęć, bardziej regularnie.. i z czasem mam nadzieję lepiej)
10. Mecz Czarnych Radom (tradycja musi być!)
11. … i mecz nowej dyscypliny sportu
12. STUDIA -> zaliczenia bez poprawek

13. ...
14. ...
15. ...

Ostatnie 3 podpunkty zostawiłam już dla siebie ;)

Mam świadomość, że cele powinny być konkretne, zaplanowane w czasie i takie tam, ale NIE! Nie w tym przypadku. Ja chcę się rozwijać i iść do przodu, a nie mieć do siebie jakieś wyrzuty za niezrealizowanie. Wtedy, dla mnie taka lista mijałaby się z celem.
Od tych konkretnych i mierzalnych mam właśnie "mini cele"!

 

Co znajduje się na drugiej liście małych celów? 


Trochę bardziej banalne i przyziemne cele, które tak naprawdę nie są niczym nadzwyczajnym, a też mogą dać wiele szczęścia. Patrząc na taką listę, łatwiej mi uświadomić sobie, jak niewiele do tego szczęścia jest potrzebne, a pod koniec roku… dostrzec, że naprawdę robiłam coś DLA SIEBIE!

Przykładowe podpunkty, to chociażby wyjścia do kina, teatru czy opery, kolacja w dobrej restauracji, wizyta w zoo, sesja zdjęciowa nad morzem lub we mgle, weekend w SPA, mecze, wspólne lepienie bałwana, gotowanie z przyjaciółmi, babski wieczór z przyjaciółką itp.

Wiadomo, nie u każdego system się sprawdzi, ale ja lubię mieć taką listę z tyłu kalendarza i zajrzeć tam od czasu do czasu.

A jak jest u Was z postanowieniami? Robicie je, czy jesteście raczej na NIE i trzymacie się od nich z daleka? Piszcie, jakie macie zdanie na ten temat i może jakieś ciekawe propozycje do listy, np. podróżnicze?

Pierwszy tydzień 2018 roku za nami... i jak u mnie na razie bardzo bardzo pozytywnie! Mam nadzieję, że Wam także rok zaczyna się jak najlepiej.
Pozdrawiam, Viola ;)
Podsumowanie 2017 roku (cz. II)

Podsumowanie 2017 roku (cz. II)

2017 przeleciał w mgnieniu oka. Szczególnie ostatni kwartał tego roku uciekł wręcz niezauważony... tak bardzo, że miałam problemy z odróżnianiem poszczególnych dni, a w grudniu- zapewne po części przez taką dziwnie (nie)zimową pogodę- czułam się zupełnie jak w końcówce października.
Mimo, że wszystko tak szybko mijało, to wiele się działo i ogromną przyjemność sprawił mi powrót do tych wspomnień! Dopiero teraz, tak naprawdę uświadomiłam sobie, jak wiele przyniósł ten rok!
Więc jaka była ta druga połowa roku... ?

źródło

Sierpień


Sierpień, jak co roku rozpoczynają urodziny Taty.
Tym razem postanowiliśmy zorganizować przyjęcie niespodziankę.. i grilla nad jeziorem! Powiem Wam, że dawno nie bawiłam się tak dobrze w „powiększonym” rodzinnym gronie!

źródło

Kolejne dni, to bardzo trudny dla mnie okres. Pierw zdechł nam malutki kociaczek, a następnego dnia Dżeki, który towarzyszył nam od prawie 13 lat. 


Do dziś mam łzy w oczach, jak tylko sobie przypomnę tamte dni. Pomimo, ze to tylko zwierzęta, to człowiekowi najzwyczajniej w świecie ciężko się otrząsnąć.

W połowie miesiąca, po bardzo udanej wycieczce do Arboretum, zdecydowaliśmy się ponownie porwać moją Babcię… tym razem na dalszą wycieczkę!
Na cel obraliśmy Kurpie (jak pewnie już zauważyliście, mam wielką słabość do tego regionu, o czym zresztą pisałam już wcześniej )
Pierwszym przystankiem były Łyse. Chciałam pokazać moim towarzyszom Wielkanocne Palmy, co niestety się nie udało, bo kościół w którym są zgromadzone był zamknięty. ;/

Pojechaliśmy więc dalej, do Zagrody Kurpiowskiej w Kadzidle, o której wspominałam już wcześniej. Jako, że pogoda była zupełnie inna, także zwiedzanie się różniło. Po spacerze wśród starych chat, usiedliśmy i przekąsiliśmy tam kilka smakołyków, by móc ruszyć- tym razem już w nieznanym kierunku.
Na następny przystanek wybrałam Skansen w Nowogrodzie.


Znalezione w Internecie opinie nie powiedziały mi nic. Jedne były super. Same oh i ah. A inne, że nie warto, że jest brzydko i ogólnie be.
Zaryzykowaliśmy i cała nasza trójka była wręcz zachwycona! 
Co prawda nie czekaliśmy na zwiedzanie wnętrz chat, jednak zarówno budynki, jak i młyn, a przede wszystkim lokalizacja i widoki, których się doznaje, są już powodem dla którego warto tam zajechać! O zgubieniu w Łomży nie będę nawet wspominała!

W międzyczasie zapadła też decyzja o urlopie w Chorwacji.Spontaniczna decyzja. BARDZO SPONTANICZNA!
OK. Często wpadam bardzo spontanicznie na pomysły jednodniówek, bądź krótkich weekendowych wyjazdów, w zasadzie na kilka godzin przed takowymi, jednak raczej nie często porywam się z pomysłem wakacji na drugim końcu Europy, przejechania 1500km, w dodatku na wyjazd prawie 2 tygodniowy od tak. W zasadzie w kilka minut. Ostatni taki genialny pomysł, to była Szwajcaria… ponad 4 lata temu!

28 sierpnia ruszaliśmy już w naszą drogę do Chorwacji.


W tym też miesiącu zakochałam się w Austrii, w Wiedniu, w tych wszystkich krajobrazach, ludziach. W tym wszystkim, czego tam doświadczyłam.

źródło


I szkoda, że Austria była przed Chorwacją, bo już na miejscu ciężko mi było wybić sobie z głowy Austrię.
Przez tyle lat, bezapelacyjnie Szwajcaria była dla mnie na pierwszym miejscu.. i była w zasadzie nie do pobicia- przynajmniej tak mi się wydawało. Zresztą nie tylko wydawało, bo dzwoniąc do rodziców i opowiadając z tym całym zachwytem, tata w 5 sekund wyczuł, co się święci.
Po tym wyjeździe Austria, co najmniej dorównała Szwajcarii.. jak i nie przegoniła!

Wrzesień


Wrzesień zaczęłam w Chorwacji.
Przed wyjazdem wszyscy zapewniali „w Chorwacji nie pada”, a jednak. Padało. Konkretniej mówiąc LAŁO! 




Połowę pobytu spędziliśmy na kanapie w wynajmowanym mieszkaniu, a wyjście na obiad do restauracji skończyło się tym, że mogłabym startować do konkursu na miss mokrego podkoszulka ;)

Później było już odrobinę lepiej, chociaż bez rewelacji temperaturowych.
Trochę poleżeliśmy na plaży, trochę popływaliśmy, a wieczorami spacery.  
W takich okolicznościach stuknęła mi 20. 


Uczczona chorwackim piwem i świeżymi owocami, oraz owocami morza, stała się jakby bardziej przyjemna. W sumie to polubiłam się z nią już na początku roku. ;)
Po kilku dniach błogiego lenistwa powrót do domu. Słowenia przywitała nas taką ulewą, że na autostradzie ciężko było przekroczyć 50-60km/h, a na bocznych drogach, przejeżdżające z naprzeciwka tiry zalewały strugą wody CAŁY! nasz samochód. Znowu piękna Austria, która powitała nas słońcem od samego wyjazdu z tunelu i Czechy, przez które chciałam najszybciej jak to możliwe przejechać (tak, przekonałam się, że z czeskim, to ja się nie zaprzyjaźnię), a na koniec sentymentalny dla mnie Śląsk.
Prawie 26h w drodze, mnóstwo wspomnień i brutalny powrót do zimnej rzeczywistości! 


Październik- Listopad


Zarówno końcówka września, jak i październik oraz listopad, to już typowa dla mnie jesień.
Powrót do pracy, na uczelnię i do wszystkich obowiązków.  

źródło
Po leniwym wrześniu, koszmarem było powrócić do tej rutyny! Naprawdę, chyba jeszcze nigdy nie było mi tak ciężko wskoczyć w odpowiednie tryby, ale…


„Tam, gdzie nie ma walki, nie ma siły” ~Oprah Winfrey


Poza obowiązkami trochę powiało nudą, a ja skupiłam się głównie na wizytach u lekarzy i (w końcu!) zabrałam się za własne zdrowie, co wcześniej odwlekałam już do granic możliwości!
Dzięki temu jeszcze przed świętami miałam z grubsza załatwiony temat podstawowych badań. Uff! ;)

Jeszcze w listopadzie zajęłam się bardziej domowymi sprawami. Zrobiłam porządki w mniej uczęszczanych pomieszczeniach, wróciłam do wywoływania sterty zdjęć, która czekała w folderach (od wakacji ogarniałam nieruszone zdjęcia od 2005 roku!- na ten moment pozostał mi do wywołania 2016 i 2017 rok, więc jest naprawdę dobrze!), chodziłam ze znajomymi na kebaby i inne jakże niezdrowe fast foody, popijane jeszcze mniej zdrowym złotym trunkiem., co niestety jest u mnie baaaardzo ograniczone, ze względu na stałą rolę kierowcy! ;p  Ale liczy się nie co, a z kim! ;)

źródło
Na koniec warto wspomnieć, że znalazłam kilka nowych blogów,na które chętnie zaglądam.
(wszystkie znajdziecie po prawej stronie, w sekcji: "Moja lista blogów")

Grudzień


Grudzień, to jak wiadomo miesiąc świąt. W tym roku jednak ustaliliśmy… że nie robimy sobie prezentów!
Zawsze był z tym problem, bo po prostu albo nie ma czasu, albo ciężko jest znaleźć ten odpowiedni. Ostatecznie skończyło się na tym, że i tak zarówno ja zrobiłam małe podarunki rodzicom, K. oraz najbliższym przyjaciołom.. i oni mnie również obdarowali, więc żadne z nas nie dotrzymało tego postanowienia, co nie zmienia faktu, że podarowaliśmy sobie tylko drobne upominki, a nie tak jak to miało miejsce co roku- furę prezentów! 

źródło

Przy okazji zajęć, odwiedziliśmy też Gdańską Starówkę, wypiliśmy grzańca, ale przede wszystkim w końcu przełamałam swój strach i wyciszyłam lęk wysokości, dzięki czemu zdecydowałam się na przejażdżkę kołem widokowym AmberSky.
Było NIESAMOWICIE! Widoki nieziemskie. Miasto nocą- magia! Każdemu polecam taką atrakcję!






Jeśli miałabym wziąć pod uwagę nie wszystko co się wydarzyło, a to jak zmienił mnie ten rok, to chyba przede wszystkim przez ostatnie 12 miesięcy doznałam pewnego rodzaju przewartościowania- bardziej zaczęłam cieszyć się z małych rzeczy, starałam się też mniej przeżywać niepowodzenia i odjazdy.. a to naprawdę skutkuje!

Więcej uśmiechu = więcej energii do działania!

Ciężko jest słowami (tym bardziej krótko!) opisać to wszystko co się wydarzyło i zmieniło na przestrzeni tak sporego kawałka czasu. Część zdarzeń zostawiłam dla siebie, więc reszta jest trochę niespójna, ale grunt, by skutkowały one pozytywnie na przyszłość. Wszystko czegoś uczy- to dla mnie wielka nauka z tego roku.

Nie był to idealny czas. Wiele rzeczy, które sobie zaplanowałam- zawaliłam! Inne przeszły mi tuż obok nosa, ale czy tak naprawdę możliwe jest, aby było idealnie?
Jak zawsze chciałam więcej: więcej pracować, więcej się uczyć, więcej wyjeżdżać, więcej tutaj pisać, ale naprawdę nie mam prawa narzekać. Doba jest za krótka, aby ogarnąć te wszystkie WIĘCEJ i do tego też zdecydowanie musiałam dojść, a przy okazji nauczyć się odpuszczać niektóre kwestie. Wszystko to, czego nie udało mi się spełnić, a na czym wciąż mi zależy przechodzi na ten nowy rok.

Mam kolejny 365 dni (no już zaraz 364), aby zawalczyć o to, co dla mnie ważne! 
A więc... zaczynamy! ;)

Mam nadzieję, że dla Was również ten rok był przynajmniej dobry. ;)

P.S. Kochani chciałabym życzyć Wam szczęśliwego Nowego Roku. Pełnego sukcesów na wszystkich możliwych polach, duuuużo zdrowia, uśmiechu, który codziennie będzie gościł na Waszych twarzach oraz po prostu spełnienia marzeń! Realizujcie swoje cele i nie czekajcie na lepszy moment- jeśli taki nadejdzie, zawsze możecie zrealizować swój cel raz jeszcze! ;)

P.S. No i nie udało mi się z publikacją tego postu jeszcze w 2017, wybaczcie! ;( Mam nadzieję, że mimo wszystko Nowy Rok, to nie jest zły moment. ;)
W tym miejscu zapraszam również do pierwszego podsumowującego wpisu  <KLIK>