Prosta szarlotka na kruchym cieście.

Prosta szarlotka na kruchym cieście.

Szarlotki i inne placki z jabłkami, to chyba najpopularniejsze jesienne wypieki.

Komu z nas zapach i smak pieczonego jabłka nie kojarzy się z jesienią, a jednocześnie z czymś bardzo przyjemnym?

.
Mus (a'la krem) gruszkowy z białą czekoladą.

Mus (a'la krem) gruszkowy z białą czekoladą.

Konfitura w formie gładkiego musu, idealnie nadająca się do naleśników, gofrów, czy w jeszcze prostszy sposób do pieczywa śniadaniowego. Połączenie mojego ulubionego smaku gruszki i białej czekolady.
Bardzo owocowy, a jednocześnie kremowy.
źródło
Zostało Wam jeszcze trochę gruszek? Na ten przepis warto zużyć przynajmniej kilka. ;)
Kaplica na wodzie w Krasnobrodzie.

Kaplica na wodzie w Krasnobrodzie.

Krasnobród- miasteczko uzdrowiskowe położone nad Wieprzem, nieopodal Krasnobrodzkiego Parku Krajobrazowego. Małe, malowniczo zlokalizowane, z ciekawymi atrakcjami turystycznymi. Miejsce w którym można odpocząć. Może to właśnie dlatego bywa nazywany sercem Roztocza?
Warto zajrzeć będąc w okolicy!


Zagroda Guciów- cud Polski, który rozczarował.

Zagroda Guciów- cud Polski, który rozczarował.

Zagroda Guciów, to niewielki prywatny skansen w okolicach Zwierzyńca.
Na całość składa się przede wszystkim część typowo muzealna, ale również karczma i sklepik z pamiątkami. Dodatkowo na miejscu można zakupić trochę "swojskiego jedzenia".


Rodzinnie. Nietypowy urlop.

Rodzinnie. Nietypowy urlop.

Jadąc w ubiegłym roku do Chorwacji miałam pomysł na jeszcze jeden wyjazd.
Niestety, nie wystarczyło ani wolnego, ani lata!

W tym roku wiedziałam, że wtedy zaplanowaną wycieczkę trzeba zrealizować.
Właśnie przez to- a może dzięki temu- mój tegoroczny urlop był inny, niż wszystkie wcześniejsze. Przede wszystkim był baaardzo rodzinny!

źródło
Moi rodzice to raczej typ domowników, więc zarówno im, jak i mi samej na rękę było, że większą część lata spędzałam podróżując z moimi znajomymi (lub do nich).

A nawet jeśli nie byłam u któregoś z nich, to zapewne jechałam na jakiś mecz. Na rodzinne wczasy nie było miejsca w moim nastoletnim życiu. ;)

Z roku na rok podróżowałam coraz więcej. Często te wojaże wykraczały poza czas wyłącznie wakacyjny, jednak nic się nie zmianiało w tym, że wyjeżdżałam głównie z "obcymi", a nawet i w pojedynkę. Nie narzekam- z ludźmi którzy również złapali podróżniczego bakcyla zwiedza się najlepiej, jednak w tym roku zrobiłam to zupełnie inaczej!

Na początku lipca zarezerwowaliśmy pokój w agroturystyce, a już miesiąc później ruszaliśmy w drogę. W trójkę... z moją Babcią!

Powrót po latach.

Po wielu latach słuchania opowieści o Jej rodzinnych stronach, po około 70 latach, gdy się stamtąd wyprowadziła i podejrzewam, że po około 40, gdy była tam ostatni raz (autobusem- na jeden dzień), stwierdziłam, że po pierwsze chcę Ją tam jeszcze raz zabrać, a po drugie sama chcę zobaczyć na własne oczy to wszystko, o czym dotąd tylko słyszałam w opowieściach!

Wiecie, Babcia jak to Babcia. Z roku na rok będzie jej coraz ciężej znieść całodniową podróż, więc póki jest taka możliwość- zapakowaliśmy się w auto i ruszyliśmy!

źródło

Było warto!

Teraz- już po powrocie- mogę stwierdzić, że była to naprawdę dobra decyzja. 
Faktycznie, tamte okolice nie mogą równać się z europejskimi metropoliami, czy alpejskimi krajobrazami-to po prostu zupełnie co innego- jednak to, ile emocji zafundował mi ten wyjazd, a przede wszystkim widok tak bardzo szczęśliwej Babci... zdecydowanie ROBI RÓŻNICĘ!
Dla mnie takie wakacje były czymś wyjątkowym- a już szczególnie z Babcią, ale naprawdę było fajnie.
Przy okazji udało się odwiedzić również kilka typowo podróżniczych destynacji, o czym więcej na pewno napiszę w kolejnych postach! ;)

P.S.
Serdecznie witam Was pod nowym adresem!
Trochę zajęły mi przenosiny, jednak mam nadzieję, że wszyscy rozgościmy się tutaj na dłużej. Pozdrawiam ;)
#FOTOGRAFICZNIE: Jeden dzień na Mazurach- Łaciate w obiektywie.

#FOTOGRAFICZNIE: Jeden dzień na Mazurach- Łaciate w obiektywie.

Tegoroczna mazurska jednodniówka była idealną okazją na chwilę odpoczynku oraz złapanie oddechu od codzienności. Czasami nawet tak krótki czas, potrafi niesamowicie dodać mi energii i podobnie było tym razem!

Słoneczny dzień, wysoka temperatura, odpoczynek nad jeziorem w spokojnej okolicy... scenariusz na dzień idealny!




Letni spacer

Ciężko było mnie wtedy ściągnąć do domu- miało być przyjemnie, bez myślenia o tym, co od poniedziałku. Do głowy mi nie przyszło, by na ten spacer taszczyć ze sobą wielki aparat.
Wtedy trafiłam na pasące się tuż za domem krowy. Tak ślicznie pozowały i patrzyły mi się w obiektyw telefonu, że czym prędzej poleciałam jednak po lepszy sprzęt!


Wiecie, ja nie jestem typowym mieszczuchem. Nie jestem typem osoby, która tego typu zwierzęta zna tylko z książeczek dla dzieci i dla której jest to jakaś rewelacja, a tym razem się tak właśnie zachowywałam. Nawet nie chcę wiedzieć, co sobie wtedy rodzinka pomyślała. Ale trudno..


Łaciate w obiektywie

Gdy już złapałam aparat, poszłam obcykać najbliższą okolicę... i całe stado przede wszystkim! Noooo, najzwyczajniej w świecie nie mogłam się oprzeć. Przez chyba pół godziny stałam i robiłam im zdjęcia. Podejrzewam, że łaciate takiej sesji zdjęciowej jeszcze w swoim życiu nie miały.





Sesja oczywiście byłaby jeszcze bardziej efektywna, gdybym od razu poszła tam z aparatem, a nie tylko z telefonem, bo zanim wróciłam z tym co trzeba, to one już sobie trochę odeszły, a później nie bardzo miały ochotę tak blisko wrócić... mimo wszystko, poniżej wspomnienia tamtego letniego dnia.







Wy też tak macie, że zachowujecie się w niektórych sytuacjach jak ludzie z innej planety?;)

Lubię wracać do takich "ciepłych zdjęć". U nas od piątku już typowa jesień: pada, wieje i jest potwooornie zimno. Pierwszy raz od długich miesięcy w użycie poszły skarpetki, długie spodnie i bluza. Cóż, teraz czekam na piękną złotą jesień!

Trzymajcie się ciepło. ;)
Deszczowa Chorwacja- obrazki, których nie zobaczysz w katalogu biura podróży!

Deszczowa Chorwacja- obrazki, których nie zobaczysz w katalogu biura podróży!

"Grunt żeby było ciepło, żeby były piękne widoki i duuuużo słońca"- takie były założenia na nasz ubiegłoroczny urlop. To wszystko mieliśmy mieć wręcz pewne nad Adriatykiem!

Przed wyjazdem nasłuchałam się, że latem w Chorwacji to w zasadzie nie pada, a jak już przychodzi jakiś deszcz, to chwila moment, 15 minut i wszystko mija- nawet nie ma sensu zwijać się z plaży. Będzie ciepło, będzie pewna pogoda, napływacie się w morzu, wyleżycie na plaży mówili. Tak miało być. Prawie idealnie! Ale los w tym przypadku zagrał nam trochę na nosach!


Walizki spakowane, w środku w zasadzie same typowo letnie rzeczy. W zanadrzu przygotowana jedynie przeciwdeszczowa kurtka (z myślą o Plitwicach oczywiście) oraz bluza i dłuższe spodnie na noc do auta.

Deszczowy poranek

Po drodze pogoda iście wakacyjna; cieplutko i słonecznie. W dniu przyjazdu, na miejscu było jeszcze fajnie, jednak następnego dnia rano obudziły nas... grzmoty i ulewny deszcz!

Niebo zaciągnięte czarnymi chmurami, "rozjaśniało się" tylko wraz z nadchodzącą kolejną białą smugą deszczu.




Wtedy wydawało się nam, że to pewnie na jeden dzień, jednak gdy następnego ranka sytuacja wyglądała identycznie, to już przeczuwałam, że będzie tak samo jak w naszych Beskidach. Jak już się naciągną te deszczowe chmury, to stoi to w miejscu i leje non stop przez kilka dni. 
Niestety ten scenariusz się sprawdził i "jeden dzień" trwał prawie tydzień!



Pogoda była tak paskudna, że nawet nie chciało się wychodzić. Do tego zrobiło się naprawdę zimno, część ludzi wychodzących m.in. na spacer z psem o poranku i wieczorami, miała na sobie grube (wcale nie letnie!) kurtki.

Miss mokrego podkoszulka i taniec w deszczu

Gdyby nie te przeszywające zimno, najchętniej wychodziłabym na zewnątrz w samym stroju kąpielowym, bo w ciągu tego tygodnia, zabawa w miss mokrego podkoszulka wychodziła mi idealnie... i regularnie. Taniec w deszczu również! ;D

Dodatkową atrakcją było bieganie na boso w strugach wody, przelewającej się przez wąskie chorwackie uliczki- przyznam szczerze, że wtedy całkowicie zapomniałam, że w teorii powinnam zachowywać się jak "dorosła poważna" i w sumie, to nieźle się bawiłam! A przy okazji naprawdę odpoczęłam od żakietów i szpilek. Pierwszy raz w życiu tańczyłam w deszczu, gdzieś poza plażą! ;p

Typowo filmowy obrazek: wracaliśmy z obiadu, w strugach deszczu, z mokrymi włosami, ubraniami przesiąkniętymi do ostatniej suchej nitki i butami w rękach. Żadne inne wakacje nie zapewniły nam jak dotąd podobnych wrażeń!

Wodnych wygłupów niestety uwiecznionych nie mam, ale pierwszy raz jak tak bardzo zmokłam się znalazł. ;)

Takich obrazków nie pokaże Wam żadne biuro podróży w swoim katalogu, ani nie znajdziecie ich wiele w internecie. Sama śmiałam się z siebie po powrocie, że dałam się nabrać na ten idylliczny obraz perfekcyjnych wakacji, a przy tym zapomniałam o czymś tak oczywistym jak... zwykły letni deszcz!



Nie ma tego złego!

Co Wy na taki urlop? ;p
Ja prawdę mówiąc na początku byłam najzwyczajniej w świecie zła i kilka razy nawet przysiadałam do pracy, bo poza laptopem i cienką książka nie zabrałam nic na zabicie czasu, jednak na szczęście miałam odpowiednią osobę która umiała mi to wybić z głowy, bo gdy emocje opadły i pomyślałam bardziej pozytywnie! Fajnie było pośmiać się z samych siebie moknąc w deszczu, fajne były te wygłupy w wodzie (tym razem tej prostu z nieba!)- bo nigdy nie ma tak źle, a lepiej może być zawsze!
Chociaż oczywiście w tym roku wolałabym jednak więcej słońca. ;D
Mocno jagodowe muffiny -> owocowe pieguski.

Mocno jagodowe muffiny -> owocowe pieguski.

Przełom czerwca i lipca, to wysyp sezonowych owoców. Pojawiają się one nie tylko w naszych ogródkach, ale również w pobliskich lasach.
Od dziecka zbierałam jagody i uwielbiam ich smak, więc nie mogłabym nie upiec z nich pysznych muffinek, które nie dość, że bardzo proste, to jeszcze tak smakowicie wyglądają!

Standardowo, do wypieków potrzebujemy tylko kilku składników, które znajdziemy praktycznie w każdym domu i oczywiście dodatkowo porcję jagód!

Składniki:

Suche

2 szklanki mąki
2 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 - 2/3 szklanki cukru (w zależności od tego, jak słodkie wypieki lubisz. Ja zawsze daję pół szklanki)
2 łyżeczki cukru waniliowego

Mokre 

1/2 - 3/4 szklanki mleka (zacznij od pół szklanki, jednak jeśli masa będzie za gęsta, dolej jeszcze trochę mleka. U mnie często zależy to od wielkości używanych jajek)
1/2 szklanki oleju
2 jajka

Dodatkowo jagody. Tutaj już na oko. Dosyp ich do gotowego ciasta tyle, by naprawdę nie było "pustej masy" - u mnie ponad 1,5 szklanki.
Na koniec, przed wstawieniem do piekarnika, warto jeszcze kilka owoców sypnąć po wierzchu muffin. Będą ładniej wyglądały.

Przygotowanie:

Składniki mieszamy standardowo w dwóch miskach: w jednej suche- w drugiej mokre. Następnie łączymy je ze sobą i dodajemy jagody.
Jeśli chcemy, by jagody pozostały w całości i nie zabarwiły tak bardzo ciasta, musimy naprawdę delikatnie mieszać. Jeżeli natomiast zależy nam na trochę ciemniejszym kolorze babeczek, to można przemieszać odrobinę dokładniej.
Tylko pamiętajcie, muffiny nie lubią zbyt długiego mieszania. ;)

Teraz pozostaje już tylko nałożyć masę do foremek (ok 3/4 wysokości) i włożyć do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni.
Ja piekłam ok 40 min -> co prawda zamierzałam piec je 10 minut krócej, jednak przez wczorajszy mecz trochę przetrzymałam i jak widać wcale nie wyszły spalone, lecz po pół godziny w piekarniku, również nie będą surowe!


Uwielbiam takie proste i szybkie przepisy. Mam nadzieję, że Wam też się spodobają te babeczki. Smacznego! ;)
Jeziora Plitwickie- zachwyt czy rozczarowanie?

Jeziora Plitwickie- zachwyt czy rozczarowanie?

W każdym przewodniku po Chorwacji i na każdej stronie typu "co zobaczyć w Chorwacji"- Jeziora Plitwickie zapewne ujęte będą jako punkt obowiązkowy!Malownicze krajobrazy, krasowe jeziora i liczne wodospady.
Park, który został doceniony przez UNESCO, wpisem na listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego.

źródło

Ogólna opinia

W internecie znajdziecie bardzo bardzo wiele pochlebnych opinii o tym miejscu i nieustające zachwyty. Nad widokami, nad klimatem, nad organizacją i tak dalej...
Ja, oglądając przed wyjazdem zdjęcia, byłam pewna, że muszę tam pojechać, że chcę to wszystko zobaczyć na własne oczy!
Uwielbiam jeziora, uwielbiam długie wędrówki i tego typu miejsca.
Tak naprawdę, był to chyba najbardziej wyczekiwany przeze mnie punkt tego wyjazdu, bo morze też lubię, ale leżenie plackiem na plaży, to zdecydowanie nie dla mnie!

Bilety nie należą do najtańszych, jednak bez wahania postanowiliśmy zainwestować w zobaczenie takiego miejsca!


Moja opinia

Jakie były moje odczucia po całym dniu na szlaku? Przyznam szczerze, że byłam po prostu ROZCZAROWANA!
Nie twierdzę, że nie jest to piękne i niesamowite miejsce. Natura funduje nam w Plitwicach fascynujący spektakl, jednak po tym wszystkim, czego naczytałam się wcześniej w internecie, spodziewałam się czegoś więcej. Czegoś... co sprawi, że szczęka mi opadnie i z jednym wielkim WOOW będę szła dalej, chcąc jeszcze więcej. Tego nie było. Niestety!
Być może jakiś wpływa miała na to również kiepska na początku pogoda, jednak jakby nie było, w mojej opini jest to miejsce przyjemne, ale nie powaliło mnie na kolana.

Pewnie gdybym wcześniej nie była w Szwajcarii, to bym się zachwyciła, ale jeśli mam porównanie... to zdecydowanie bardziej wolę alpejskie krajobrazy, wśród których również są liczne wodospady, wąwozy, mnóstwo zieleni, a przy tym po prostu większy spokój. A kolor wody... cóż, na pewno nie dorównał temu w Szwajcarii!


Co mi nie pasowało

Najpierw zacznę może od strony czysto technicznej.
Mam świadomość, że Plitwice są bardzo obleganym turystycznie miejscem i naprawdę byliśmy tego świadomi przed wyjazdem, jednak tam to wszystko doszło do granic możliwości! Dobrze ponad godzina czekania w kolejce do kasy, przepychanie się, niemiłe docinki... mówię Wam- totalne szaleństwo! Wątpliwa przyjemność uczestniczenia w takim "przedstawieniu".

Do tego bilety sprzedawane w bodajże dwóch kasach. Fakt, że był to początek września, czyli według cennika, już po głównym szczycie sezonu, jednak jako, że Bawaria miała w tym okresie jeszcze ferie, to było mnóstwo niemieckich rodzin z dziećmi, sporo polaków, Rosjan, nie wspominając już o azjatyckich wycieczkach... jeśli to było "po szczycie", to ja nie chcę wiedzieć, co dzieje się tam w lipcu i sierpniu!!

Gdy w końcu udało nam się zakupić wejściówki, przeszliśmy do stacji kolejki, która miała podwieźć nas na dalszą część szlaku. I tutaj również zaczęły się przysłowiowe schody.
W parku oznaczonych jest kilka tras, o różnym poziomie trudności i przewidywanym czasie przejścia po danym szlaku. Niestety, przez tak długą kolejkę nie mogliśmy wybrać tej najdłuższej, ale chcieliśmy przejść taką średnią. Zrobiliśmy zdjęcie mapy i chcieliśmy ruszać.
Jak się okazało, pierwsze zamieszanie pojawiło się już przy przejeździe do drugiej stacji. Ponownie tłumy turystów, obsługa jakby trochę zagubiona. Nikt nie był nam w stanie powiedzieć, jak często będą odjeżdżały kolejki przy takim tłoku i jak duże one będą. Na szczęście w końcu się udało!

Po dotarciu na miejsce, podążając za znakami, które wskazywały nasz szlak ruszyliśmy w drogę. Na początku wszystko było OK, jednak już po chwili, okazało się, że przejście na trasie było zamknięte, obejścia tak naprawdę brak. Szybki powrót do miejsca wyjścia, jednak dopytywanie pani w informacji nie pomogło, bo ona była przekonana, że wszystko jest udostępnione.

Ruszyliśmy w końcu innym szlakiem, jednak po mniej więcej 2h drogi, na trasie spotkaliśmy równie zdezorientowaną parę z Polski, która szła z przeciwnej strony. My pokierowaliśmy ich, oni nas, jednak chyba nie tak to powinno wyglądać, prawda?


Co było fajne

Widoki oczywiście na plus. Natura faktycznie stworzyła tam spektakl przyjemny dla oka. Dodatkowo wielkość tego obszaru, poczucie olbrzymiej przestrzeni, do tego liczne jeziora i odbijająca się w nich zieleń drzew. To było przyjemne. 
Do tego, jak już wcześniej wspomniałam, trafiliśmy na bardzo wielu fajnych ludzi na szlaku, którzy nie dość, że pomocni, to jeszcze chociażby niejednokrotnie zatrzymywali się lub schylali, gdy np. robiłam zdjęcie.

Gdyby udało się bez problemu znaleźć jakiś spokojny szlak, gdzie nie idzie się gęsiego w tłumie, to myślę, że byłoby to idealne miejsce, do pobycia ze sobą sam na sam. Do ucieczki od betonowego świata.

Czy polecam?

Nie chcę Was zniechęcać do tego miejsca. Zupełnie nie o to mi chodziło!
Czy warto odwiedzić Plitwice? Warto! 
Nie nakręcajcie się jednak na coś spektakularnego w takim ogólnym ujęciu. Lepiej być pozytywnie zaskoczonym, niż się rozczarować.
Podejrzewam, że większości z Was się tam również spodoba, ale czy wyjdziecie oczarowani... przyznam szczerze, że nie wiem. Ja nie wyszłam. Niestety, jak na razie nie mogę przytakiwać innym i potwierdzać, że jest to raj na ziemi.

Myślę, że za kilka lat chciałabym tam jeszcze raz wrócić- tym razem jesienią, gdy zarówno kolorowe liście zamienią miejsce w bardziej magiczne, jak i również tłumy będą mniejsze.
Dam jeziorom jeszcze jedną szansę. Być może następnym razem odbiorę je inaczej. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś i ja będę zauroczona Plitwicami! ;)

Jak na razie, postawię jednak na miejsca wśród natury, które nie są aż tak bardzo oblężone. W miastach, aż tak bardzo nie przeszkadzają mi tłumy, chociaż też staram się ich unikać przy zwiedzaniu, jednak jeśli wybieram się "bliżej natury", to liczę na trochę więcej "ja i natura"!

Więcej o naszym spacerze po Plitwicach napiszę w następnym tygodniu. Już dzisiaj, zapraszam Was serdecznie na ten wpis. ;)
EDIT: Spacer po Plitwicach -> KLIK
Autem do Chorwacji. Subiektywny poradnik.

Autem do Chorwacji. Subiektywny poradnik.

Wakacje rozpoczęły się na dobre. Lipiec już się z nami powitał, więc sezon urlopowy również w pełni. Dzisiaj trochę dla zmotoryzowanych, a przede wszystkim dla tych, którzy postanowili spędzić swoje wakacje nad Adriatykiem i wybierają się tam własnym autem. Krótki przewodnik praktyczno- subiektywny. ;)

źródło

Bałkany są na tyle blisko, że nie jesteśmy "skazani" na samolot i ograniczony bagaż. Pakujemy wszystko co nam potrzebne i.. w drogę! ;)
Jeśli chodzi o czas podróży, to oczywiście w najdogodniejszej sytuacji są mieszkańcy południowej Polski, bo im taka jazda zajmie zaledwie kilka godzin, co przekłada się na ilość śląskich i opolskich rejestracji już tam na miejscu- gorzej mają Ci z centralnej i północnej części kraju, jednak dobrze organizując taki wyjazd, droga może minąć sprawnie i całkiem przyjemnie. ;)

Nasza trasa wyglądała tak:


Przez Polskę

Jeszcze przed wyjazdem warto opracować sobie najbardziej optymalną trasę- pamiętajcie, że najkrótsza trasa nie zawsze znaczy najlepsza, a i polskie autostrady, to też nie zawsze najlepszy wybór; szczególnie ja, jakoś zawsze mam szczęście do kosmicznych korków na bramkach, albo wiecznego zwężenia do jednego pasa i ograniczeń 30-40 na godzinę (pozdrawiam szczególnie trasę Katowice- Kraków ;p). Ekspresówki to podobna nawierzchnia, podobne skomunikowanie i podobna prędkość, a i taniej i zazwyczaj sprawniej! ;)

Wyruszając z domu mieliśmy do przejechania prawie 700km przez Polskę, z czego większość przebyliśmy S7 i S1. Opcja idealna. Nie potrzebny ani GPS, ani szczególne zastanawianie się "który zjazd to ten właściwy"-nie było sensu kombinować.

Autostrady i drogi ekspresowe w Polsce. Stan na 26.06.2018. Źródło: GDDKiA


Jak jechało się przez Polskę? Sprawnie.
Dobry stan dróg, stosunkowo bez korków... było OK- tutaj jeszcze raz polecę ekspresówki. ;)
Co prawda właśnie przez wzgląd na trasę, zdecydowaliśmy się na wyjazd we wtorek, a i staraliśmy się nie wpakować w okolice dużego miasta (czyt. szczególnie Warszawy) w godzinach szczytu, dzięki czemu zaoszczędziliśmy na pewno trochę czasu!

Czechy

Najważniejszą kwestią, o której należy pamiętać wjeżdżając na drogi naszego południowego sąsiada jest zakup odpowiedniej winiety.
Do wyboru 10-dniowe, miesięczne i roczne- szczegóły możecie sprawdzić TUTAJ, jak i TUTAJ.

Legenda głosi, że gdzieś w Cieszynie również je dostaniecie, jednak jak pytaliśmy na stacjach w centrum miasta, to każdy wiedział, że gdzieś są, ale "dokładnie to pani 'tam' zapyta". Na spokojnie kupicie je jednak na stacjach przy drodze do granicy, a i podobno na samej granicy, też bez problemu dostaniecie. 

Pamiętajcie żeby sprawdzić, czy sprzedawca prawidłowo przedziurkował datę, czy Wy wpisaliście prawidłowo numery rejestracji i KONIECZNIE zachowajcie drugą część winiety, do ewentualnej kontroli!

Czesi- przynajmniej w teorii- oferują nam drogi, którymi szczególnie tranzytem powinniśmy przejechać sprawnie i bez problemów przez ich kraj. Jak jest w rzeczywistości? Jeszcze rok temu nie było aż tak najgorzej, ale bez rewelacji, a w niektórych miejscach można się było naprawdę pogubić. Chociaż za kilka lat, może być tam naprawdę przyjemnie!

Czeska sieć autostrad - stan na 2018 rok. Źródło: ceskedalnice.cz


Jeśli chodzi o przejazd przez Czechy, to mam wrażenie, że drogi mają tak samo bardzo w remoncie-a może i bardziej, niż w Polsce i w naszej części Niemiec, przez co nawigacja wariowała, więc szczególne skupienie na znaki bardzo wskazane. Na ten kraj polecam sporą dawkę cierpliwości i jakiś zapas czasu!
My po 200km przez Czechy, pozwoliliśmy sobie na nocleg w Brnie, by z samego rana móc  ruszyć w pełni sił w kierunku Austrii- tym razem zrezygnowaliśmy na chwilę z pędu i zjechaliśmy z autostrady, na rzecz pięknych lokalnych widoków; pól słonecznikowych, wzgórz, pagórków i małych wioseczek.

Austria

Austriacka sieć autostrad jest tak rozwinięta, że bez problemu wybierzemy najbardziej odpowiedni dla nas wariant trasy. Zarazem przejechanie bez winiety graniczyłoby z cudem, a i odbywałoby się w potwornych męczarniach!

Sieć austriackich autostrad i dróg szybkiego ruchu. Źródło: asfinag.at

Jeszcze przed wjazdem warto takową winietkę zakupić-do ubiegłego roku w sprzedaży były jedynie standardowe winiety w formie naklejek, jednak od tego możemy nabyć również te elektroniczne!
Okres na jaki sprzedawane są winiety to 10 dni, 2 miesiące oraz rok.
Informacje o cenach znajdziecie TUTAJ

Żeby nikt nie miał wątpliwości co i jak, austriacki zarządca dróg, każdego roku publikuje filmiki instruktażowe. Uważam, że to naprawdę fajny pomysł!


P.S. Swoją drogą, to uwielbiam tą dokładność. Sprawdzam dla Was aktualne info i widzę... "die Vignette in der Farbe Kirschrot". Haha podejrzewam, że niektórzy mogliby mieć problem, jaki to jest ten wiśniowy kolor ;D

Przez większą część Austrii przejechaliśmy w ekspresowym tempie, zdarzyły się ograniczenia na budowanych odcinkach w Wiedniu i okolicach Klagenfurtu- tam zarezerwujmy trochę dodatkowego czasu, jednak bez większych przestojów.

Jeśli nie znacie niemieckiego, polecam wcześniej rozeznać się w austriackich znakach, bo baaaardzo wiele z nich dotyczy np. jazdy we mgle, bądź ograniczeń dotyczących jedynie jazdy w nocy np. przez ciężarówki

Natomiast mity na temat Austriackiej policji o których aż huczy w sieci... włożyłabym między bajki! To, że ktoś ma u siebie porządek i pilnuje jego przestrzegania, a niektórym kierowcom wydaje się, że jak nie są u siebie, to już im wolno wszystko, to tylko i wyłącznie ich problem. Nie zauważyliśmy bezpodstawnej dyskryminacji ani polskich, ani niemieckich rejestracji!

Podróż przez Austrię zakończyliśmy wjeżdżając przez Karawankentunnel do Słoweni. Przejazd przez tunel jest dodatkowo płatny na bramkach- za osobówkę jest to koszt 7,20€.

Słowenia

Słowenia nie ma aż tak dużej sieci płatnych dróg, jak chociażby Austria, jednak również w tym kraju możemy skorzystać z płatnych odcinków. Oczywiście oznacza to kolejne winietki. Ich kontrola na autostradzie odbywa się co pewien czas na specjalnych bramkach z kamerkami- więcej m.in. o cenach przeczytacie TUTAJ

Muszę wspomnieć, że trafiliśmy tam na największe korki, ze wszystkich spotkanych po drodze!
W przypadku tego kraju, spokojnie da się ominąć odcinki płatne (chociaż sami nawet nie próbowaliśmy!).

Płatne autostrady w Słowenii źródło: dars.si

Autostrady wymagające winiet, to te, którymi przejedziemy między głównymi miastami i do granic. Jeśli chcemy zaoszczędzić i mamy więcej czasu, to możemy pomyśleć o opcjach alternatywnych, chociaż pamiętajmy, że jest to kraj górzysty z wieloma krętymi drogami, ze znacznymi przewyższeniami, które będą wymagały znacznego ograniczenia prędkości. Do tego część bocznych dróg jest bardzo wąska, czego sami w pewnym momencie doświadczyliśmy.

Chorwacja

Już prawie jesteśmy u celu. Jeszcze tylko kontrola na granicy, szeroki uśmiech i możemy jechać. Za chwilę będziemy u celu.

źródło

Powitała nas dobrej jakości autostrada- płatna na bramkach- i minimalny ruch na niej. Później, zależnie od tego gdzie się udajemy (my spędzaliśmy urlop na północy kraju), zjeżdżamy albo na boczne drogi, albo na autostradę prowadzącą m.in. do Splitu.
Interaktywna mapa -> KLIK

Na koniec chciałabym wspomnieć kilka słów o poruszaniu się po Chorwacji, bo ja początkowo przeżyłam szok. Nie mam pojęcia, czy to tylko takie nasze "szczęście", czy tam to tak funkcjonuje na co dzień, ale mam wrażenie, że w Chorwacji przepisy obowiązują... tylko turystów!

Auta na chorwackich blachach jeżdżą jak chcą. Ograniczenia ich nie dotyczą, ciągłe linie nie istnieją, a jak gdzieś jest "stop", to chyba tylko dla urozmaicenia krajobrazu.
Raz uraczyliśmy pełnej przepisowości... jak się okazało- 300m dalej, za zakrętem czekała policja! ;)


Przed podróżą warto też zwrócić uwagę na różne przepisy dotyczące kierowców do 24 roku życia i obowiązkowego wyposażenia samochodu- w tych krajach, w odróżnieniu od Polski, policja może wymagać od nas apteczki i KOMPLETU żarówek wraz z bezpiecznikami oraz kamizelki odblaskowej, dla każdego podróżnego! I tutaj nie ma co dyskutować. Pamiętajmy, że konwencja wiedeńska to jedno, ale życie to drugie. A my przejeżdżając przez dany kraj jesteśmy "gośćmi" i powinniśmy dostosować się do obowiązujących u gospodarza przepisów!

Drogę powrotną pokonaliśmy w całości- non stop. Pomimo baaardzo kiepskich warunków, udało się zmieścić w dobie. Czy coś byśmy zmienili w trasie? Myślę, że następnym razem odbilibyśmy w Wiedniu na Bratysławę i dojechali do polskiej granicy przez Słowację, a nie przez Czechy, albo w Austrii od razu na Niemcy, ale to już bardziej przez nasze indywidualne preferencje.

A teraz życzę Wam sprawnego planowania, szerokiej drogi i udanego urlopu!
Pozdrawiam, Viola ;)
Jak zmienić kierunek studiów, czyli kilka słów o studenckich problemach.

Jak zmienić kierunek studiów, czyli kilka słów o studenckich problemach.

Mówią, że studia to najlepszy okres w życiu. Czas tuż po maturze niesie duże zmiany zarówno dla studentów studiów stacjonarnych, jak i niestacjonarnych. Dla tych pierwszych zazwyczaj wiąże się z przeprowadzką, nowym miastem, nowymi znajomi, czy chociażby trochę inną formą nauki. Studentom zaocznym większą część tygodnia pochłaniają obowiązki związane z pracą, jednak zarówno jedni, jak i drudzy decydując się na studia, mają z nimi związane jakieś plany.

Myślimy, porównujemy i ostatecznie decydujemy się na kierunek, który ma odpowiadać naszym zainteresowaniom bądź ułatwić zdobycie konkretnego zawodu… jednak co w sytuacji, gdy z biegiem czasu nasze plany się zmienią, albo jak to było w moim przypadku – uczelnia nie uruchomi oczekiwanej przez nas specjalizacji?

źródło


Możemy zostać i męczyć się na obecnym/narzuconym przez uczelnię kierunku lub możemy spróbować się przenieść.

Na początku stycznia, stając przed ryzykiem tego, że mogę w zasadzie zostać zmuszona do studiowania kierunku, którego za nic nie chciałabym studiować (a pracując obecnie bardzo blisko czegoś pokrewnego miałam 99% pewność, że to nie to), wiedziałam, że nie będę siedziała bezczynnie.

Internet wcale nie był zbytnio pomocny w odpowiedziach na nurtujące mnie pytania, więc nadszedł czas na złapanie za telefon i obdzwonienie kilku uczelni, jak również zawitanie do tych bliższych dziekanatów.

Jeśli Ty również rozważasz zmianę kierunku bądź uczelni, to zapraszam dalej- mam nadzieję, że znajdziesz tam odpowiedzi na przynajmniej część pytań i łatwiej będzie Ci zdecydować co dalej! ;)


Pierwsze kroki

Od czego zacząć, gdy chcemy się przenosić?

Zdecydowanie pierwszym krokiem powinna być „wycieczka” (ewentualnie telefon) do dziekanatu wydziału na którym chcielibyśmy studiować od nowego semestru.

Tam udzielą podstawowych- jednak nie zawsze pewnych informacji (niekiedy mogą wręcz niepotrzebnie zamieszać -poważnie. Nie zniechęcajcie się już na starcie, jeśli przekażą Wam informację, która burzy wasze plany!).

W razie wątpliwości, najpewniejszym źródłem informacji powinno być spotkanie z dziekanem wydziału ds. nauki bądź edukacji. W moim przypadku rozwiało ono wszelkie wątpliwości i wyszłam z niego z dużo większą wiedzą i pewnością, niż po kilku wizytach w dziekanacie, a co najważniejsze sam dziekan był bardziej optymistycznie nastawiony w kwestii naszych przenosin, niż panie w dziekanacie, dla których wszystko było wręcz niemożliwe.


Procedura i formalności

Mamy już jakąś podstawową wiedzę, co i jak. Jesteśmy zdecydowani na przenosiny.. i co teraz?

Pierwszym formalnym krokiem, który jest niezbędny w procedurze zmiany kierunku/wydziału bądź uczelni jest złożenie wniosku do nowego dziekana z prośbą o zgodę na przeniesienie, do którego powinno się dołączyć sensowne uzasadnienie (niby oczywiste, ale warto się dobrze zastanowić co i jak tam napiszemy) oraz kartę osiągnięć toku studiów, którą powinniśmy dostać w naszym obecnym dziekanacie.


Oczywistym jest, że najprościej przenieść się z kierunku na kierunek w ramach jednego wydziału- czym wcześniej tym lepiej, jednak również międzywydziałowe przeniesienia chociażby po 3semestrze nie są wcale wykluczone.


Na podstawie wcześniej wspomnianej karty osiągnięć, porównany zostanie dotychczasowy tok studiów, a przede wszystkim określone zostaną różnice programowe, które mogą umożliwić bądź uniemożliwić kontynuowanie studiów na nowym kierunku.

Nie zrażajcie się ilością. Wiele uczelni nie określa odgórnie ich maksymalnego limitu, jednak wiadomo, że czym ich więcej, tym trudniej nadrobić- ale do nas należy decyzja czy chcemy i podołamy nadrabianiu takiej ilości dodatkowych przedmiotów. ;)


Wymogi

Głównym i najważniejszym wymogiem przeniesienia, jest zaliczenie wszystkich przedmiotów na obecnym kierunku. Z zaległymi przedmiotami bądź zaliczeniami warunkowymi, raczej nie ma co liczyć na pozytywne rozpatrzenie prośby o przeniesienie- oczywiście o ile nie mamy jakichś innych ważnych przesłanek do takowych przenosin, bo każda sytuacja- przynajmniej w teorii- rozpatrywana jest indywidualnie.

Dodatkowym wymogiem może być również określona średnia ocen uzyskanych na studiowanym do tej pory kierunku- zazwyczaj takie wymogi mają najbardziej prestiżowe uczelnie i bardzo oblegane kierunki, jednak spodziewajmy się, że na każdej uczelni przy samych 3 w indeksie mogą różnie na to spojrzeć.


Opłaty

To była jedna z najważniejszych dla mnie kwestii i tak naprawdę bardzo długo nie byłam w stanie się dowiedzieć jak to jest naprawdę, bo każdy twierdził co innego.

Wysokość opłat za przeniesienie i wyrównanie różnic programowych bądź ich brak są ustalane wewnętrznie przez każdą z uczelni, a nawet przez poszczególne wydziały. Na uczelniach prywatnych mogą być to kwoty znaczne – sięgające nawet powyżej 400zł za przedmiot (naliczanie zależnie od ilości godzin danego przedmiotu w semestrze bądź punktów ECTS).

Na państwowych uczelniach jest znacznie prościej i taniej. Wiele z nich zarówno za przeniesienie, jak i wyrównywanie różnic programowych nie pobiera żadnych opłat, inne dają chętnym 30 darmowych punktów ECTS, a opłaty pobierane są dopiero za przedmioty powyżej tego limitu.

Np. na wydziale zarządzania na UG, opłat za wyrównywanie różnic programowych NIE MA (informacje prosto od dziekana).


Realizacja

W przypadku otrzymania pozytywnej decyzji, po przeniesieniu stajemy się pełnoprawnymi studentem nowego kierunku. Tok studiów rozpoczyna się od semestru wskazanego przez dziekana (semestr wskazany w podaniu o przeniesienie), a jednocześnie należy uzupełniać różnice programowe. Zazwyczaj odbywa się to na zasadzie podobnej jak powtarzanie przedmiotu (zajęć z niższym rokiem), ale jeśli ma się tych przedmiotów więcej niż jeden bądź dwa, warto spróbować postarać się o eksternistyczne zaliczenie niektórych z zajęć. Wszystko zależy od decyzji konkretnego wykładowcy, jednak z decyzją dziekana będzie o wiele łatwiej taką formę zaliczenia dogadać.


Sami widzicie, że to tylko tak strasznie wygląda na początku, ale jeśli naprawdę nam zależy, to wszystko da się załatwić!
Jaka była moja sytuacja? Starałam się o przeniesienie po 3 semestrze nauki z ekonomii na rachunkowość, z 12 przedmiotami do nadrobienia… byłoby ciężko, ale wszystko jest do zrobienia – od dziekana dostałam informację, że „nie jest to wcale taka najgorsza sytuacja, bo bywały już znacznie gorsze i jeśli jestem zdecydowana, to z przeniesieniem problemów nie będzie”. Także kochani- próbujcie!

Docelowo zostałam na swoim wydziale tylko i wyłącznie dlatego, że utworzono ostatecznie dwie, a nie tak jak było to mówione jedną specjalizację i jedna z nich idzie w kierunku, który zawodowo mogę zaakceptować, a kto wie.. może nawet takie zrządzenie losu wyjdzie mi na dobre! ;)
Ostatecznie z tego całego zamieszania wyszłam również bogatsza o pewną praktyczną i bądź co bądź dosyć ważną dla studenta wiedzę.


Jeśli Ty także z każdym kolejnym miesiącem na swoim kierunku czujesz, że to nie jest dla Ciebie, to zastanów się poważnie, czy nie lepiej rozważyć zmianę... szczególnie, że bardzo często nie oznacza ona całkowitego rzucania studiów i zaczynania wszystkiego od zera! ;)

P.S. Dla mnie tegoroczna sesja już się zakończyłam, ale przy okazji chciałbym życzyć powodzenia wszystkim studentom, którzy mają przed sobą jeszcze jakieś egzaminy! ;)
Wuppertaler Schwebebahn - atrakcja obowiązkowa!

Wuppertaler Schwebebahn - atrakcja obowiązkowa!

Podczas naszych wyjazdów zawsze staram się walczyć z własnymi lękami, czuć później, że od teraz mogę "coś więcej" i coś więcej wiem o sobie.
Moim "rywalem" wciąż jest jednak lęk wysokości- chociaż obecnie go już prawie pokonałam, to czasami daje jeszcze o sobie znać. W jakimś stopniu nauczyłam się już sobie z nim radzić, bo co najdziwniejsze ja wysokości po prostu bardzo lubię, ale dalsza praca nad samą sobą jest tutaj nieunikniona.

Idealna okazja nadarzyła się podczas urlopu w Wuppertalu. Od lokalsów nasłuchałam się, że wizyta w Wuppertalu bez przejażdżki Schwebebahnem nie może zostać zaliczona... więc nie mieliśmy wyboru. Trzeba było spróbować!

Wuppertal, Schwebebahn, kolejka podwieszana, zwiedzanie
źródło


Prawdziwa wycieczka zaczęła się na Oberbarmen Schwebebahn Bahnhof.

Wuppertal, Schwebebahn, kolejka podwieszana, zwiedzanie

Tak więc zakupiliśmy bilety i w drogę! Stacją docelową był ostatni przystanek- Vohwinkel.

Kolejka sama w sobie na pewno jest ewenementem. Część trasy pokonuje się nad ulicami miasta, a część nad rzeką. Być może właśnie dlatego, kolejka nazywana jest także Pływającym Tramwajem.

Sama nie wiem, które widoki z góry są lepsze- niewątpliwie jedne i drugie są bardzo ciekawym doświadczeniem!

Wuppertal, Schwebebahn, kolejka podwieszana, zwiedzanie

Wuppertal, Schwebebahn, kolejka podwieszana, zwiedzanie

Wuppertal, Schwebebahn, kolejka podwieszana, zwiedzanie

Wuppertal, Schwebebahn, kolejka podwieszana, zwiedzanie

Wuppertal, Schwebebahn, kolejka podwieszana, zwiedzanie

Dodatkowo część trasy przebiega przez teren fabryki Bayer! (a tam poza budynkami fabryki, można przyjrzeć się także rzecze i otaczającym fabrykę skałom, które dla miasta wcale nie są bez znaczenia ;))

Jest to najdłuższa na świecie linia podwieszanej kolejki- ma 13,3km długości oraz 20 stacji.
Łączy dzielnice Oberbarmen/Barmen i Vohwinkel przez Elberfeld.

Dawniej kolejka była oznaką rozwoju i uprzemysłowienia miasta oraz szybko stała się jego symbolem. Dzisiaj znakomicie sprawdza się jako część transportu miejskiego. Wąskie uliczki, wiele aut, a parkingów niekoniecznie tak dużo, więc mieszkańcy chętnie korzystają z tego typu transportu, by szybko i bez problemów przemieszczać się po mieście.

Pierwszy odcinek został uruchomiony już 1 marca 1901 roku! Kto by pomyślał, że już wtedy coś takiego miało “prawo” funkcjonować...

Zaprojektował ją twórca podobnej kolejki w Dreźnie- Eugen Langen.
Dodatkowo warto zaznaczyć, że jej maksymalna prędkość to 60km/h.

21 lipca 1950 między przystankami „Rathausbrücke” i „Adlerbrücke” kolejką podróżował w celach reklamowych młody słoń „Tuffi”. Niestety, zdenerwowany wybił ściankę wagonu i znalazł się lekko ranny w rzece Wupper.
Owe wydarzenie upamiętniono wizerunkiem młodego słonia na ścianie domu w pobliżu rzeki.

źródło:Atamari
Pomimo, że jest to naprawdę bezpieczny środek transportu, to Schwebebahn ma również w swojej historii jeden tragiczny wypadek:
12 kwietnia 1999 o godzinie 5:45, pociąg z prędkością 50 km/godz najechał na pozostawiony na szynie przez remontujących robotników metalowy element. Jeden wagon wyskoczył z szyn i spadł z wysokości 8 m do rzeki Wupper. Zginęło 5 pasażerów, 47 zostało ciężko rannych.

Jednak patrząc na ponad 100 letnią historię tego pociągu, uznać go można za jak najbardziej bezpieczny. Według statystyk było to 5 ofiar śmiertelnych na ponad 1,5 miliarda przetransportowanych pasażerów.

Wrażenia z jazdy? Dla mnie jak najbardziej pozytywne!
Niekiedy trochę kołysało i było widać, że niektórym podróżującym turystom to delikatnie przeszkadzało, ale te małe zachwiania jak i widoki mi się spodobały!

Wuppertal, Schwebebahn, kolejka podwieszana, zwiedzanie

Wuppertal, Schwebebahn, kolejka podwieszana, zwiedzanie

W roku szkolnym wagoniki są zatłoczone przez dzieci jadące do lub ze szkoły, więc warto wziąć to pod uwagę planując taką atrakcję! ;)

Dla mieszkańców jest to po prostu normalny środek transportu, więc może zdarzyć się Wam również sytuacja, w której popatrzą się na Was jak na wariatów, gdy będziecie przyglądać się wnętrzu wagonika, bądź fotografować widoki z okna! ;)

Dodatkowo- jeśli mamy ochotę i trochę więcej czasu, naprawdę warto wysiąść na poszczególnych stacjach. Dwa “stare miasta”, zoo, stadion czy nawet same uliczki.. warto to zobaczyć!


INFORMACJE PRAKTYCZNE:


Bilety możecie kupić na większości stacji w znajdujących się tam automatach, ale również w kioskach tuż przy wyjściu na peron. Z tego co wiem, jest także możliwość kupna biletu mobilnie- w telefonie, ale w taką opcję się nie zagłębialiśmy.

Jednorazowy bilet dla dorosłego kosztuje 2,80 euro.
Biblioteka Miejska w Stuttgarcie -idealne miejsce dla wszystkich miłośników książek!

Biblioteka Miejska w Stuttgarcie -idealne miejsce dla wszystkich miłośników książek!

Mówią, że książki nie powinno się oceniać po okładce. Zgadzam się z tym… ale po części! Nic nie szkodzi przecież temu, by dobrej treści towarzyszyła również dobra okładka. Tak samo dobrze wyposażonej bibliotece, może towarzyszyć ciekawe wnętrze!

źródło

Ja osobiście jestem takim trochę typem sroki. Aż głupio się przyznać, ale bardzo bardzo często kupuję „po okładce”, która jest tym pierwszym bodźcem i często decyduje o tym, czy zwrócę na daną pozycję uwagę, czy ominę ją w natłoku całej reszty.
Oczywiście, zanim zapłacę najpierw czytam streszczenie bądź opinie, ale.. no właśnie, mimo wszystko powinna się czymś wyróżniać.
A jak jest z bibliotekami? Czy biblioteka powinna być takim zwyczajnym budynkiem nie wyróżniającym się w okolicy niczym szczególnym, czy wręcz przeciwnie?

Biblioteka na Mailänder Platz w Stuttgarcie, jest filią biblioteki miejskiej. Na pierwszy rzut oka, gmach przypomina taki typowy użytkowy miejski budynek, jednak po dokładniejszym rozeznaniu i zajrzeniu do wnętrza, przekonać się można, że nie jest on taki całkowicie zwyczajny.

źródło
Konieczność przeniesienia zbiorów z zabytkowego Pałacu Wilhelma, gdzie wcześniej funkcjonowała biblioteka, nastąpiła samoistnie, wraz z powiększającym się księgozbiorem. Ogłoszono zatem konkurs, w którym z ponad 200 prac, został wybrany projekt autorstwa południowokoreańskiego architekta Eun Young Yi.

Machina ruszyła. Koszt budowy wyniósł prawie 80 milionów euro, lecz dzięki takim nakładom, 24 października 2011 roku mieszkańcy miasta mogli cieszyć się nową, większą i wyjątkową biblioteką.

Z jednej strony biblioteka jak biblioteka, jednak jej wizja była już bardziej wyjątkowy niż bywa to zazwyczaj.
Najważniejszą funkcję budynku- czyli oczywiście biblioteczną- podkreślono poprzez umieszczenie na elewacji każdej z zewnętrznych ścian napisu „Biblioteka” w czterech językach.
Od północnej strony widnieje niemieckie „Bibliothek”, od zachodniej angielskie „Library”, południowa to natomiast arabskie „مكتبة" (maktaba) , a wschodnią zdobi koreańskie „도서관”(doseogwan)
Za dnia elewacja to odcienie szarości, jednak po zmroku rozświetlają ją kolorowe światła, które jeszcze bardziej eksponują nowoczesny charakter tego miejsca.

Centralnie we wnętrzu tego budynku dominuje otwarta przestrzeń, która ograniczona jest od góry przeszklonym dachem, a po bokach dookoła niej skupiają się balkony i piętra przepełnione bibliotecznymi regałami, na których poustawiano liczne książki.
Galeria z tak dużą przestrzenią ma służyć jako wypełniona światłem czytelnia.

źródło
Ten budynek to nie tylko biblioteka, ale również obiekty jej towarzyszące. Poza wypożyczalnią książek, w środku mieści się także sala widowiskowa na 300 osób oraz kawiarnia.

źródło
Mnie wnętrze tej biblioteki zachwyciło już za pierwszym razem, gdy gdzieś w czeluściach internetu przypadkiem trafiłam na przedstawiające je zdjęcie… i prawdę powiedziawszy idealnie pasuje do mojego obraz Stuttgartu, który mam przed oczami jeszcze z przed kilku lat.
Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy przypadkiem nie widziałam tego gmachu na żywo, chociaż wtedy wydawało mi się, że to biurowiec. Na pewno przy następnej wizycie nie odmówię sobie przyjemności wstąpienia tam, chociażby na chwilę, bo przyznam szczerze, że mnie ten projekt urzekł!

Lubicie takie miejsca, czy jednak wolicie w tym przypadku tradycję?