Obserwuj bloga przez e-mail

Paczkomaty InPost- czym zyskały u mnie przewagę nad usługami kurierów i poczty?

Paczkomaty InPost- czym zyskały u mnie przewagę nad usługami kurierów i poczty?

Wielkimi krokami zbliżają się święta, tym samym okres, gdy budzi się w nas potrzeba intensywniejszych internetowych zakupów, a one... nie raz przysparzają problemów z odbiorem.

źródło

Nie wiem, czy również Wam tak dobrze znana jest sytuacja, gdy po powrocie do domu zastajecie w skrzynce awizo na paczkę, której nawet nie jesteście w stanie odebrać z poczty ze względu na nieodpowiadające Wam godziny otwarcia placówki lub gdy kurier ma przyjechać akurat wtedy, gdy jesteście poza domem, a w innych godzinach nie jeździ?

Większość z Was zapewne już korzystała z paczkomatów, ale jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji albo wciąż się waha- mam nadzieję, że poniżej znajdzie satysfakcjonujące Was informacje i spróbujecie sami.

Po raz pierwszy, gdy spotkałam się z paczkomatami nie miałam o nich zielonego pojęcia. Kupowałam coś na allegro, a w tamtym czasie moja szkoła i praca rodziców utrudniały odbiór jakiejkolwiek paczki od listonosza czy nawet kuriera (żadnemu nie chciało się jechać poza granice miasta po 19), tak więc zaciekawiła mnie dodatkowa opcja. Sprawdziłam co to takiego i spróbowałam pierwszy raz.

Już wtedy bardzo spodobała mi się taka metoda, bo z jednej strony szybko i wygodnie, a z drugiej- co było dla mnie zdecydowanie najważniejsze- w wybranym przeze mnie momencie!

W mojej opinii:

   1.Wygoda
W przypadku tej formy dostawy nie jesteśmy uzależnieni od godzin kursowania kuriera czy roznoszenia poczty przez listonosza. (a potem ganiania po pocztach z awizo!)
Gdy nadawca wyśle do nas paczkę jesteśmy informowani SMSem oraz mailem, w którym otrzymujemy numer przesyłki i od tego momentu na stronie internetowej możemy śledzić jej drogę.

Kolejną wiadomość otrzymujemy, gdy zostanie ona umieszczona w naszym paczkomacie docelowym. Wtedy dostajemy także indywidualny kod dzięki któremu- wraz z naszym numerem telefonu- odbieramy paczkę.
Sam odbiór jest niesamowicie prosty i szybki, a paczkomaty czynne przez 24h/7 dni w tygodniu.

   2.Dostępność
Być może w małych miejscowościach nie są one aż tak bardzo dostępne (chociaż wiem, że są i jest ich coraz więcej!), natomiast w miastach jest ich pełno. Kilka, kilkanaście, nawet i kilkadziesiąt. W zasadzie na każdym kroki.

Zazwyczaj zlokalizowane są w okolicach supermarketów i galerii handlowych bądź głównych ulic, więc paczkę możemy odebrać robiąc zakupy lub po prostu wracając z pracy, a i z zaparkowaniem w pobliżu auta zwykle nie ma problemów.
Sami wybieramy, który paczkomat będzie nam najprościej odwiedzić.

   3.Czas doręczenia
Osobiście w tej kwestii mam same jak najlepsze doświadczenia! Najdłużej paczka szła do mnie zdaje się 4 dni robocze! (na dodatek została nadana w późnych godzinach wieczornych) Zazwyczaj oczekuję 1-2 dni od daty nadania, a odebrałam i wysłałam już Paczkomatami dobrze ponad 150 przesyłek i naprawdę nigdy nie było problemów.
P.S. W soboty w miastach paczki są również dostarczane!

   4.Cena
Różni się ona w zależności od gabarytu paczki. 

Najtaniej za paczkę zapłacimy 8,99zł. Większy gabaryt wiąże się z opłatą 13,76zł

Dodatkowo firma Inpost oferuje usługi kurierskie z dostawą do domu- ceny od 13zł z groszami.

Oficjalny cennik znajdziecie tutaj <KLIK>


Za pomocą paczkomatów możemy zarówno odbierać jak i nadawać paczki.

Ogólnie jestem zadowolona z korzystania z tego sposobu wysyłki paczek, chociaż ostatnio bardzo odczułam zmianę terminu odbioru paczki z 72 na 48h. Na szczęście istnieje możliwość wydłużenia tych 48godzin specjalnym SMSem o kolejne dwie doby!

Pomimo zmian, ja jak na razie z czystym sumieniem mogę polecić paczkomaty.

Bardzo polubiłam się z dostawą do punktu i już od kilku lat nie wyobrażam sobie zakupów internetowych bez tego typu odbioru. Szkoda, że w tym momencie paczkomaty nie dają już możliwości wysyłki za granicę- na szczęście chociażby w Niemczech działa łudząco podobny do paczkomatów DHL Packstation.

Poza paczkomatami równie często korzystam z odbioru w kioskach, a ostatnio coraz częściej na stacjach Orlen. Dla mnie jest to najwygodniejsza i najmniej konfliktowa z codziennymi obowiązkami forma odbierania paczek.

Korzystaliście już? Jeśli tak, to jakie są Wasze doświadczenia? Przede wszystkim dajcie znać, czy wolicie formę odbioru w punktach, czy jednak najlepiej sprawdza się u Was tradycyjnie kurier bądź listonosz. ;)
Prosta szarlotka na kruchym cieście.

Prosta szarlotka na kruchym cieście.

Szarlotki i inne placki z jabłkami, to chyba najpopularniejsze jesienne wypieki.

Komu z nas zapach i smak pieczonego jabłka nie kojarzy się z jesienią, a jednocześnie z czymś bardzo przyjemnym?

.
Ten wypiek był kwestią przypadku i potrzebą chwili, gdy w skutek małego zamieszania, goście zaprosili się do nas... sami!
Znacie takie sytuacje? Zostało Wam kilka godzin, musicie jeszcze posprzątać, czy zrobić coś innego, a chcielibyście zaserwować coś pysznego? Jeśli tak, to być może zainteresuje Was właśnie ta szarlotka. ;)

Składniki:

Ciasto:

  • 3 szklanki mąki
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • kostka margaryny
  • szczypta soli
  • pół szklanki cukru
  • 1 całe jajko
  • 3 żółtka

Nadzienie:

  • 1kg jabłek (najlepiej kwaskowatych)
  • pół szklanki cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego

Przygotowanie:

Mąkę, proszek do pieczenia, sól i cukier mieszamy ze sobą. Dodajemy posiekaną margarynę oraz całe jajko i żółtka. Łączymy ze sobą składniki. Osobiście robię to przy pomocy miksera (gdzieś kiedyś zasłyszałam, że kruche ciasto nie przepada za ciepłem rąk, wiecie coś na ten temat?), dopiero gdy składniki tworzą już jednolitą "mączkę" zagniatam je w kulę.

Przygotowane w ten sposób ciasto dzielimy na dwie równe części i chłodzimy w lodówce owinięte w folię spożywczą przez około 40 minut. 

W tym czasie przygotowujemy jabłka. Obieramy je i kroimy w drobną kostkę, a następnie mieszamy z cukrem. Około 10-15 minut przed wyjęciem ciasta z lodówki, jabłka posypujemy jeszcze cukrem waniliowym. Dokładnie mieszamy.

W międzyczasie wykładamy blachę papierem do pieczenia (20x30) i nastawiamy piekarnik na 180 stopni. Po wyjęciu pierwszej części ciasta z lodówki, rozwałkowujemy je na wielkość blaszki i układamy na spodzie blaszki. Nakłuwamy widelcem i podpiekamy 15 minut.

Na podpieczone wcześniej ciasto układamy przygotowane jabłka i przykrywamy je drugą częścią ciasta. Pieczemy około godziny.

Po wyjęciu z piekarnika, ciasto studzimy na kratce.

Przepis, jak w zasadzie wszystkie próbowane przeze mnie jest niesamowicie prosty- bez problemów wykona go każdy początkujący, przygotowania też nie zajmą nam wiele czasu, jednak ze względu na chłodzenie ciasta, na gotowy wypiek przyjdzie nam troszkę zaczekać. Moim zdaniem warto!

Lubicie tego typu wypieki? 
Jeden dzień w Zamościu, czyli zwiedzanie miasta zwanego perłą renesansu.

Jeden dzień w Zamościu, czyli zwiedzanie miasta zwanego perłą renesansu.

Jak dotąd ciężko było mi stwierdzić, które z wcześniej odwiedzanych miejsc na Roztoczu jest znane w skali całego kraju. W przypadku Zamościa jestem pewna- o tym mieście chyba każdy w Polsce przynajmniej słyszał. A ta sława niesie się nawet poza granice naszego kraju!

Zamość, zwiedzanie, turystyka, co zobaczyć
Główny powód takiego rozgłosu, to oczywiście Stare Miasto, które od 1992 roku figuruje na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO i jest uważane za jeden z najciekawszych zespołów zabytkowych na świecie!

Zamość historycznie.

Jak sama nazwa wskazuje, Zamość nierozerwalnie związany jest z rodziną Zamoyskich. Historia tego miejsca zaczęła się 10 kwietnia 1580 roku, gdy hetman Jan Zamoyski wydał akt fundacyjny, tym samym rozpoczynając budowę. W czasie tych prac, wszystko miało być dokładnie przemyślane- zabudowa; najważniejsze budynki, place, mury obronne czy fosy. Miasto miało stać się zarówno twierdzą, jak i głównym ośrodkiem w tym regionie, takim o znaczeniu europejskim.

W burzliwych wojennych czasach miasto przechodziło z rąk do rąk. Paradoksalnie, wysadzenie przez Rosjan murów obronnych, które były ograniczeniem w jego funkcjonowaniu okazało się bodźcem do rozwoju.

Obecnie Zamość uznawany jest za jeden z ważniejszych ośrodków zarówno turystyki, jak i kultury we wschodniej Polsce.

Dla mnie pierwszą pozytywną niespodzianką była bliskość wszystkich atrakcji turystycznych. Zostawiliśmy samochód dosłownie 5 minut od Rynku Wielkiego, a później spacerowaliśmy sobie dookoła tego miejsca.








Na rynku czekają na nas także przewodnicy w Meleksach, jednak my nie zdecydowaliśmy się na taką formę zwiedzania.

Rynek Wielki w Zamościu

Jak już wspomniałam, nasze zwiedzanie zaczęło się na Rynku Wielkim.



Na początku warto wstąpić do znajdującej się w Ratuszu informacji turystycznej. W swojej ofercie posiadają świetną mapkę turystyczną miasta, wiele przewodników i ofert z ciekawymi wydarzeniami, mającymi akurat miejsce.

Przygotowani do drogi ruszyliśmy na zwiedzanie. Ledwo dochodziła 10, więc na głównym placu było jeszcze zaskakująco mało ludzi, tym sposobem beztrosko pokręciliśmy się trochę po okolicy.

Rynek Wielki uznawany jest za jeden z najwspanialszych XVIw placów w Europie. Otaczają go piękne kolorowe kamienice, które są najbardziej charakterystyczną cechą zamojskiej architektury.
Warto też wspomnieć, że właśnie w Zamościu zachowało się najwięcej w Polsce- aż 55 zabytkowych podcieniowych kamienic.

Przy kamienicach zlokalizowanych jest mnóstwo knajpek i straganików z pamiątkami, a w sercu rynku dominuje imponujący Ratusz z jakże charakterystycznymi schodami!








Nic więc dziwnego, że Zamość w międzyczasie dorobił się wielu pięknych określeń. W czasie naszej wizyty, wszędzie dookoła wisiały bilbordy z hasłem "Zamość- miasto idealne". Inne równie znane to „Perła Renesansu”, „Miasto Arkad” czy „Padwa Północy”.


W południe warto posłuchać odgrywanego hejnału, a o godzinie 17 odbywa się pokaz musztry. Dodatkowo do zwiedzania udostępnione są podziemia. Szkoda tylko, że nie ma możliwości wdrapania się na wieżę ratuszową i zobaczenia rynku z góry.

Rynek Solny

Z Rynku Wielkiego udaliśmy się w kierunku Rynku Solnego. Jest to już bardziej kameralne miejsce, gdzie nie zapomniano o turystach. Stoją ławeczki, jest fontanna...i widok na ratusz z drugiej strony- wcale nie brzydszy ;)









Nieopodal- na obrzeżach Starego Miasta znajdują się Kościół św. Katarzyny oraz Akademia.


Akademia została założona w 1595 roku przez założyciela miasta. Była trzecią wyższą uczelnią w Polsce, zaraz po akademii krakowskiej i wileńskiej oraz pierwszą uczelnią prywatną. Twierdzi się, że na początku jej istnienia poziomem znacznie przewyższała inne akademie. Obecnie w gmachu dawnej akademii, mieści się Liceum Ogólnokształcące.

W kościele św. Katarzyny natomiast, w 1939 roku przechowywany był "Hołd Pruski" Jana Matejki.

Pałac Zamoyskich

Z Akademii bardzo blisko jest do Pałacu Zamoyskich.
Dawna rezydencja rodu, była pierwszym obiektem, którego budowę rozpoczęto po decyzji o założeniu miasta.


Pierwsze co rzuca się w oczy już na miejscu, to oczywiście potężny pomnik Jana Zamoyskiego. Pomnik na koniu. Ja z rozpędu stwierdziłam, że to... Piłsudski. ;)



W czasie naszej wizyty, przed budynkiem odbywał się jakiś zjazd (chyba food-tracków), więc nawet nie było jak przyjrzeć się fasadzie. Gmach był oczywiście kilkukrotnie przebudowywane, a obecnie funkcjonuje w nim sąd.

Dokładnie na przeciwko pałacu zlokalizowana jest dzwonnica przy katedrze. Wejście po 122 schodach umożliwia zobaczenie Zamościa z innej perspektywy.


Przy okazji wejścia na punkt widokowy, w wieży zobaczyć można jeden z największych dzwonów w Polsce- "Dzwon Jana".


Wracając już w kierunku Rynku Wodnego, wstąpiliśmy na dziedziniec Katedralny. Sama budowla jest imponujących rozmiarów- do środka nie zaglądaliśmy, jednak podejrzewam, że wnętrze również nie należy do najskromniejszych.



Uznawana jest za jedną z najwspanialszych świątyń w kraju, a dodatkowo pełni funkcję mauzoleum rodowego Zamoyskich
Tuż przy murach umiejscowiony jest zegar słoneczny, z którego wciąż bardzo precyzyjnie można odczytać godzinę- sprawdziłam ;)

Rynek Wodny

Po dojściu na Rynek Wodny pozwoliliśmy sobie na chwilę odpoczynku. Jest to idealne miejsce dla rodzin z dziećmi- liczne fontanny, po których dzieciaki mogły biegać i moknąć do woli, a tuż obok ławeczki, na których rodzice mogli zaczerpnąć relaksu.

Dla turystów jest to również miejsce niesamowicie wartościowe. Nieopodal samego serca starego miasta, otoczone starymi budynkami- w tym kościołem i klasztorem klarysek. Nowoczesnym uzupełnieniem całości jest Fotoplastikon, w którym obejrzeć można kawałek z życia starego Zamościa.

Ciekawe wydarzenia

Dopiero po wyjeździe dowiedzieliśmy się, że dwa dni po naszej wizycie w Zamościu odbywał się zlot starych samochodów, czego przygotowania było widać m.in. tutaj:


Patrząc na terminarz innych wydarzeń, warto je wziąć pod uwagę w czasie pobytu w okolicy!

Gdzie zjeść w Zamościu?

Z tego miejsca ruszyliśmy już prosto na obiad do Restauracji Muzealnej Ormiańskie Piwnice. Świetne miejsce. Polecam naprawdę każdemu!
Zlokalizowane tuż przy ratuszu, z wyśmienitym jedzeniem- są dania roztoczańskie, ormiańskie, ale i takie dostępne w każdej restauracji. Uważam, że każdy znajdzie coś dla siebie. Ceny również bardzo przystępne.
My zamówiliśmy pirogi biłgorajskie i gołąbki w liściach winogronowych. Wszystko było wyborne, a porcje... nie do przejedzenia dla kobiety!

Niestety, zaraz po obiedzie przerwaliśmy nasze zwiedzanie Zamościa, ze względu na ostrzeżenia meteorologiczne o nadciągających nawałnicach. Co jeszcze byśmy zobaczyli popołudniem? Zapewne Arsenał, Bastiony i ZOO.

Po południu rynek zaczął tętnić życiem, jednak po tym, jak praktycznie wszystkim dookoła zaczęły przychodzić ostrzeżenia, bardzo wielu wręcz w popłochu zaczęło zbierać się do domów.

Zamość mi się spodobał, byłam naprawdę zadowolona z tego wyjazdu, chociaż tak naprawdę wciąż mam mały niedosyt tego, co nie zobaczyłam.
Największe wrażenie zrobił na mnie Rynek Wielki i przepiękne kolorowe kamieniczki- uwielbiam tego typu architekturę.
Póki co, nie planuję powrotu w najbliższym czasie, jednak jestem prawie pewna, że kolejna- oby tym razem dłuższa- wizyta jeszcze przede mną. ;)
Mus (a'la krem) gruszkowy z białą czekoladą.

Mus (a'la krem) gruszkowy z białą czekoladą.

Konfitura w formie gładkiego musu, idealnie nadająca się do naleśników, gofrów, czy w jeszcze prostszy sposób do pieczywa śniadaniowego. Połączenie mojego ulubionego smaku gruszki i białej czekolady.
Bardzo owocowy, a jednocześnie kremowy.
źródło
Zostało Wam jeszcze trochę gruszek? Na ten przepis warto zużyć przynajmniej kilka. ;)
Są takie smaki, które zawsze kojarzą się lepiej, niż inne. Dla mnie właśnie takim "lepszym" jest smak gruszki. Już jako małe dziecko z niecierpliwością czekałam na jesienne zbiory, by móc skosztować tej wyjątkowej słodkiej nuty.

Od czasu, gdy dopadło mnie uczulenie na kakao kombinuję jak mogę, by zastąpić sobie jakoś wcześniejsze słodkości. Dawniej, zazwyczaj naleśniki smarowałam różnymi masami kakaowymi, więc w tym roku postanowiłam spróbować przyrządzić taki krem z owocami w domu.

Przygotowanie jest naprawdę banalnie proste i potrzeba nam zaledwie kilka składników.
Przygotowanie jest ekspresowe, jednak trochę bardziej czasochłonne będzie uzyskanie idealnej konsystencji- na szczęście to zrobi już za nas temperatura w czasie gotowania. ;)


Składniki:

1 kg gruszek (po obraniu i usunięciu gniazd)
1 tabliczka czekolady
pół szklaki cukru
sok wyciśnięty z połówki cytryny

Przygotowanie:

Gruszki myjemy, obieramy i wycinamy z nich gniazda nasienne. Kroimy w drobniejsze części (nie muszą być idealne, ani szczególnie małe, jednak czym mniejsze, tym szybciej i dokładniej je zmiksujemy) i wrzucamy do garnka. Blendujemy na gładką masę (możemy zrobić to również później- gdy owoce się już trochę podgotują).

Owoce zasypujemy cukrem i polewamy sokiem wyciśniętym z cytryny. Odstawiamy na kilkanaście minut pod przykryciem, później jeszcze raz mieszamy i stawiamy na małym ogniu.

Gotujemy tak długo, aż część soku odparuje i wszystko zacznie ładnie gęstnieć- proces ten może trwać jakiś czas- wszystko zależy od tego, jak wodnistych owoców użyjecie.
Gdy konfitura już lekko zgęstnieje dodajemy białą czekoladę i ponownie gotujemy, aż do uzyskania satysfakcjonującej konsystencji.

Idealna konsystencja

Oczywiście czym dłużej gotujemy, tym mus będzie gęstszy. Ja swój gotowałam do momentu, aż idealnie utrzymywał się na chlebie.

Jeszcze ciepłą konfiturę przekładamy do słoiczków. Końcowo można je zapasteryzować przez kilka minut lub odstawić zakręcone na gorąco do góry dnem do wystygnięcie.


Oryginalny przepis pochodzi ze strony: https://www.przyslijprzepis.pl/przepis/konfitura-gruszkowa-z-biala-czekolada

W tym roku jest to mój niewątpliwy zwycięzca wśród owocowych przetworów!
Lubicie robić/jeść konfitury?
Kaplica na wodzie w Krasnobrodzie.

Kaplica na wodzie w Krasnobrodzie.

Krasnobród- miasteczko uzdrowiskowe położone nad Wieprzem, nieopodal Krasnobrodzkiego Parku Krajobrazowego. Małe, malowniczo zlokalizowane, z ciekawymi atrakcjami turystycznymi. Miejsce w którym można odpocząć. Może to właśnie dlatego bywa nazywany sercem Roztocza?
Warto zajrzeć będąc w okolicy!


Co prawda Krasnobród nie był naszym głównym celem tego dnia, nie spędziliśmy tam też zbyt dużo czasu, a już na pewno nie zobaczyliśmy wszystkiego co oferuje przyjezdnym, jednak po przejechaniu długieeego fragmentu autem, mogę stwierdzić, że naprawdę warto tutaj zajrzeć.
Zarówno na kilka godzin, jak i na cały dzień!

Muszę przyznać, że do tego dnia nie przygotowałam się za dobrze. Ogólnie na cały ten wyjazd nie przygotowałam się zbyt dokładnie, jeśli chodzi o kwestie związane z typowym zwiedzaniem. Jedyne co miałam pozapisywane w czeluściach mojego notesu, to najciekawsze miejsca w okolicy, oraz lokale w których można nieźle zjeść. To byłoby na tyle! ;O

Właśnie wśród tych najciekawszych miejsc (szczególnie myśląc o mojej Babci!) zaznaczoną miałam "Kaplicę Na wodzie".
Złożyło się tak, że miasteczko było po drodze z Tomaszowa do Guciowa, więc tym bardziej trzeba było tam zajrzeć!

Kaplica na Wodzie

Jeśli chodzi o samą kaplicę, znajduje się ona już trochę poza centrum, w odległości około 500m od Sanktuarium Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, z którego prowadzi do niej aleja obsadzona kasztanami. A jeśli być dokładnym w tej kwestii, to można powiedzieć, że aleja prowadzi od kapliczki do kościoła!

źródło
Według legend, to właśnie w tym miejscu Matka Boża ukazała się Jakubowi Ruszczykowi- mieszkańcowi pobliskiej wsi Szarowola, co dało impuls do budowy Sanktuarium.
Warto też wspomnieć, że fundatorką kościoła była królowa Maria Kazimiera Sobieska.
Był to dar za odzyskane przed cudownym obrazem zdrowie.
Dla upamiętnienia tego faktu, na fasadzie kościoła umieszczono figury św. Jacka Odrowąża i św. Wincenta Ferrariusza oraz obraz Matki Bożej Krasnobrodzkiej, której wizerunek znajduje się również w ołtarzu (wraz z cudownym obrazem).

Miejsce w którym zlokalizowana jest kaplica, porównać można do małego parku, dookoła "ogrodzonego" czymś w rodzaju płotu z drewnianych beli.
Teren otaczają Stacje Różańcowe, a Kaplica Na Wodzie znajduje się w sercu tego miejsca.

Poza legendą o objawieniu, wielu wiernych przybywa tutaj specjalnie po to, by zaczerpnąć wody bijącej z licznych źródeł pod samą kaplicą, która to podobnież ma uzdrawiającą moc- z tego względu, Krasnobród określany jest też mianem roztoczańskiej Częstochowy.

Z powyższym rytuałem związane są również pewne kontrowersje. Czy woda, do której wcześniej tylu ludzi wchodziło- na boso, a nawet i w butach- jest faktycznie taka zdrowa dla człowieka?

Niestety, nam nie było dane odczuć tej mocy... ani nawet za bardzo zobaczyć wody.
Była taka susza, że pod kapliczką było zaledwie kilka kropli!

Legend w Krasnobrodzie wiele. Jednymi z popularniejszych są te o zapadniętym kościele i o Królowej Marysieńce. Jeśli jesteście ciekawi- polecam serdecznie zagłębić się w temat, np. TUTAJ lub TUTAJ

Sama kaplica jest drewnianą budowlą osadzoną na grubych balach. Wewnątrz widzieliśmy dwa oddzielne pomieszczenia, utrzymane w bardzo naturalnym klimacie, które nawet z pięknymi obrazami i zdobieniami, nie wywołały we mnie wrażenia zbędnego przepychu.




Jeśli nie jesteście bardzo wierzący, to raczej nie spędzicie tutaj dużo czasu, jednak zajrzeć na pewno warto. Szczególnie jeśli udałoby się uświadczyć wody!
Zwiedzanie jest darmowe - na miejscu możecie pozostawić dobrowolny datek. Nam udało się też przebywać tam jako jedyni, a myślę, że o ile nie traficie na jakąś wycieczkę, to i w inne dni raczej nie zmiażdżą Was tłumy turystów. ;)


Co jeszcze można robić w Krasnobrodzie i okolicach?

Zwiedzać. Albo odpoczywać!

Jeśli mamy ochotę na więcej zabytków, warto bardziej zainteresować się m.in. wcześniej wspomnianym sanktuarium.
Poza tym ciekawą alternatywą są liczne pomniki i figury przydrożne oraz Pałac Leszczyńskich, pełniący obecnie funkcję sanatorium.

Zwiedzanie zwiedzaniem, jednak jeśli zamarzy nam się odrobina relaksu, warto zajrzeć nad zalew w Krasnobrodzie!
Widziałam i potwierdzam. Miejsce bardzo fajnie przygotowane dla wypoczywających.
Jest piaszczysta plaża, jest drewniane molo, liczne ścieżki spacerowo-rowerowe, a nawet palmy i (podobno) baseny z podgrzewaną wodą!

źródło
Dodatkowo w okolicy wieża widokowa i park linowy.

źródło
Lubujący się w kajakach, również znajdą tutaj coś dla siebie, a dla dzieciaków Dinozaury, czyli miejscowy Park Jurajski. Poza tym z bardziej nietypowych rzeczy Muzeum Wieńców Dożynkowych lub Ptaszkarnia.

Zimą natomiast, wyciąg na Chełmowej Górze.

Po jeszcze więcej zapraszam TUTAJ i TUTAJ 

Moim zdaniem całkiem sporo tego. Znaleźlibyście coś dla siebie?
Ja bardzo żałuję, że nie widziałam więcej... ale już planuję powrót na Roztocze, więc mam nadzieję, że okazja jeszcze będzie! ;)
Zagroda Guciów- cud Polski, który rozczarował.

Zagroda Guciów- cud Polski, który rozczarował.

Zagroda Guciów, to niewielki prywatny skansen w okolicach Zwierzyńca.
Na całość składa się przede wszystkim część typowo muzealna, ale również karczma i sklepik z pamiątkami. Dodatkowo na miejscu można zakupić trochę "swojskiego jedzenia".


7 nowych cudów Polski

Szukając ciekawych miejsc na Roztoczu, praktycznie już na samym początku trafiłam na stronę konkursu organizowanego przez National Geographic na 7 nowych cudów Polski.
W tytułowej 7 znalazł się właśnie skansen w Guciowie.
Wtedy byłam już pewna- koniecznie musimy tam zawitać!

Czytając internetowe opisy, dowiedziałam się, że Zagroda Guciów oferuje odwiedzającym możliwość poznania Polski z ubiegłych stuleci. Drewniane chałupy kryte strzechą, typowe sprzęty gospodarskie, wystawa meteorytów, a do tego możliwość skosztowania tradycyjnej regionalnej kuchni. Bomba!

 
Byłam pewna, że miejsce tego typu spodoba się nie tylko nam, ale przede wszystkim Babci! W końcu w grę wchodziły wnętrza i sprzęty, które mogły być obecne w jej rodzinnym domu.

Na terenie Zagrody

Bezpośrednio po dotarciu na miejsce, byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni przygotowanym parkingiem. Niby nic wielkiego, ale często się zdarza, że przy tak małych obiektach, akurat z tym jest wieeeeelki problem. Tutaj do dyspozycji zmotoryzowanych oddano spory plac.

Po przejściu przez ulicę, wchodzimy na teren Zagrody.
Pierwszym obiektem- tuż przy wejściu- jest naprawdę dobrze wyposażony sklepik z pamiątkami. Wszyscy lubujący się w turystycznych drobiazgach na pewno znajdą tam coś dla siebie! W asortymencie są zarówno pocztówki i magnesy, jak również przewodniki, mapki i inna literatura regionalna, a także ozdoby z drewna i kamieni.
Tutaj zakupujemy też bilety; normalny to koszt 15 zł, ulgowy 12zł.

Pani przy kasie poinformowała nas, że musimy chwilę poczekać, a zwiedzanie z przewodnikiem odbywa się co pół godziny, więc czas ten najlepiej spędzić w karczmie. Kolejne kroki skierowaliśmy właśnie w tamtą stronę.

Bańka mydlana!

Od tego momentu przestało być już tak super. Pomimo, że usłyszeliśmy o wejściach co pół godziny, to my na swoją kolej czekaliśmy ponad godzinę!
Niestety. gdy już doczekaliśmy się na wejście... przeżyliśmy rozczarowanie!
W ramach biletu, czeka na nas jedna chałupa + budynki gospodarcze... trochę mało, jak za taką cenę!
Przyznać trzeba jednak, że szczególnie chata wyglądem robi baardzo dobre wrażenie.






Po wejściu do chałupy, również... się zawiodłam! OK, ja jak ja, ale moja Babcia nie kryła rozczarowania. Nic nadzwyczajnego tam nie znalazła. Dodatkowo czuliśmy się tam jak w takim typowym muzeum. Trochę dziwna atmosfera jak na skansen. Najwyraźniej nie było to tylko nasze odczucie, gdyż część ludzi po prostu wyszła w czasie zwiedzania.

W kolejnej chacie czeka wystawa z meteorytami.


Można pooglądać, ale jak dla mnie bez jakiegokolwiek efektu WOW.

Później jeszcze budynek m.in. z saniami i zebranymi sprzętami gospodarczymi. Na koniec, we wnętrzu znajduje się wystawa sprzętów ciut nowszych. Jestem pewna, że doskonale pamiętacie je jeszcze ze swoich domów, więc tam nic zaskakującego również nie było!

Moje skansenowe rozczarowanie 

Po powrocie przestały dziwić mnie tak bardzo zróżnicowane opinie w Google. Moim zdaniem, miejsce może być ciekawym przede wszystkim dla przysłowiowych "mieszczuchów". Kogoś, kto wyjeżdża poza miejski beton na kilka dni w roku- tak zazwyczaj w czasie urlopu- by zobaczyć coś "egzotycznego". Dosłownie! Coś innego niż zna na co dzień i zapewne będzie zadowolony, jeśli takie atrakcje będą dla niego czymś jak dotąd nieodkrytym.
Wiejska chata, lokalna kuchnia, trochę odludzie; dookoła tylko pola, lasy i te sprawy.
Ja większość rzeczy pamiętam jeszcze z podwórka moich dziadków, do tego przeciętna prezentacja, a przede wszystkim brak możliwości zwiedzania bez przewodnika!
W swoim własnym tempie, to zawsze co innego. Ogólnie... no nie. Przykro mi bardzo, ale w Polsce byłam w wielu o wiele ciekawszych miejscach tego typu!

Na przykład: Skansen Kurpiowski w Nowogrodzie ->KLIK

W ciągu ostatnich kilku lat, bardzo polubiłam się z różnego rodzaju muzeami na otwartej przestrzeni. 
Pasjonatką historii faktycznie nie jestem, ale odpowiednio zachęcona, w takich miejscach potrafię spędzić i cały dzień!
Wszystko zaczęło się od powrotu do mojego pobliskiego Olsztynka, a później każdy kolejny odwiedzany skansen był strzałem w 10! Ten nie był. Dla nas był po prostu rozczarowaniem.

Babcia streściła wizytę w dosłownie dwa zdania: "Ale tam nudno było. Wam może to było i ciekawe, ale ja nic ciekawego nie zobaczyłam.." Cóż, my też nie!

Jeśli macie wolne kilka godzin i jesteście w okolicy- można zajechać, ja jednak przy najbliższym wyjeździe na Roztoczę, raczej nie będę rozważała powrotu do Guciowa.
Copyright © Traviollini , Blogger