Obserwuj bloga przez e-mail

Lawendowe Pole w Nowym Kawkowie na Warmii.

Lawendowe Pole w Nowym Kawkowie na Warmii.

Słyszeliście o Lawendowych Polach w Polsce? A może byliście na jednym z nich?
Hektary obsadzone fioletowymi kwiatkami i unosząca się w powietrzu woń, to w połączeniu z piękną, słoneczną pogodą.. prawie bajka!

fot. Hans Braxmeier
Lato, to taki czas, gdy staram się korzystać z każdego dnia by odkryć coś nowego, a nie zawsze jest czas (i chęci również) na dalsze wyjazdy, więc korzystam z tego, co mam w najbliższej okolicy. Tym razem wybrałyśmy Lawendowe Pola, a dokładniej mówiąc- Muzeum Żywe w Nowym Kawkowie.

 

LAWENDOWE POLE:

Wizyta ta była trochę szalona. Miałyśmy do załatwienia kilka spraw w Olsztynie, więc po drodze pojechałyśmy właśnie do Kawkowa. Nie sprawdzając wcześniej szczegółów, zajechałyśmy tam jeszcze przed 11 (jest to godzina otwarcia) i trochę niefortunnie trafiłyśmy chyba akurat pod koniec śniadania gospodarzy. Pomimo tego, powitali nas bardzo serdecznie, pokazali co i gdzie się znajduje, więc powoli ruszyłyśmy na spacer wśród lawendy.

Na początku byłyśmy tylko my. Zobaczyłyśmy ogródek z przeróżnymi roślinami i ziołami. Zwróciłyśmy dzięki temu uwagę, chociażby na takie kwestie jak ta, że agrest jest.. porzeczką! Tak, tak. Niby nic bardzo znaczącego i zapewne nie odkrywczego, ale fajnie było dowiedzieć się czegoś nowego, o roślinie, z którą ma się kontakt na co dzień.

Następnie przeszłyśmy przezlawendowy labirynt. Pomimo, że krzewy nie były jeszcze tak pokaźnych rozmiarów, jak te, na polu właściwym, to i tak wydzielały już piękny zapach i cieszyły oczy swoim kolorem. Były to różne odcienie fioletu. Od tych najbardziej delikatnych, po intensywne!



Tuż po 11 zaczęły zjeżdżać się tłumy. Samochody parkowały jeden za drugim, a nawet przyjechał autobus wycieczkowy z dziećmi. Miałyśmy tyle szczęścia, by zobaczyć przynajmniej część ogrodów w nieskazitelnym spokoju.

Kolejnym celem było właściwe pole lawendy, gdzie Pani akurat cięła lawendę (była to połowa lipca).

fot. brenkee
Tam krzewy są już naprawdę okazałe, a woń i kolor jeszcze intensywniejsze. Wśród kwiatów ustawiono ławeczkę, na której naprawdę można się świetnie zrelaksować.


Powiem Wam, że miałam po prostu ochotę wyciągnąć książkę, zaparzyć kubek kawy i siedzieć tam do samego wieczora.
Ale niestety. Nic co dobre, nie trwa nigdy zbyt długo i musiałyśmy się zbierać, by zobaczyć jeszcze pomieszczenia w środku.

Zaczęłyśmy od strychu, na którym suszyły się wcześniej ścięte kwiaty. Ich zapach był już inny niż tych na polu, a większość była dopiero w początkowej fazie suszenia!
Na dole urządzona jest sala, w której prezentowane są filmy tematyczne, a tuż obok cudowna biblioteczka!

Budynek tuż obok, to miejsce gdzie możemy kupić m.in. gotowe wyroby: sadzonkę lawendy, kolczyki w tym pięknym kolorze, ręcznie robione kafelki na pamiątkę, czy słoik miodu (niestety na razie nie lawendowego).

Lawendowe Pola są naprawdę wspaniałe.Zarówno ze względu na kwiaty, jak i na ludzi, którzy je tworzą.
Gospodarze to bardzo serdeczne i ciepłe osoby. Każdemu przyjeżdżającemu poświęcają czas i nawet pomimo tylu ludzi dookoła, znajdują chwilę na spokojną rozmowę i odpowiedź na wszelkie pytania. Naprawdę czuć, że robią to wszystko z wielką pasją, bo pozytywna energia, aż bije z tego miejsca! Uwielbiam ludzi z pasją!
Jeśli potrzebujecie ucieczki od zabieganej codzienności i szalonego tempa życia, to zdecydowanie się tam wybierzcie. Kilka godzin może sprawić, że będziecie mieli nową super energię na kolejne dni.
Jeśli nastawiacie się na typowe zwiedzanie, to zdecydowanie jest to zły adres. Tutaj można odpocząć, pospacerować i oderwać się od rzeczywistości w bajkowej scenerii oraz odkryć kilka ciekawostek.

My żałujemy, że wpadłyśmy tam tylko na 2 godzinki. To zdecydowanie za krótko!
Obiecywałyśmy sobie powrót jeszcze w tym roku, jednak chyba będzie ciężko... ale za rok NA PEWNO musimy tam znowu pojechać. Tym razem na więcej niż chwilę!


PRAKTYCZNIE:

Nowe Kawkowo, to mała miejscowość położona 20 kilometrów od Olsztyna.
Wyjeżdżając ze stolicy Warmii i Mazur, należy kierować się na Morąg, a już po wyjeździe z miasta skręcić w pierwszy skręt w prawo. Po dotarciu do Jonkowa, kierujemy się na Mostkowo. Tą drogą trafia się aż do Kawkowa, gdzie już we wsi, należy skręcić w prawo (droga do Lawendowego Pola, oznaczona jest drogowskazami).

Jeśli obawiacie się opłat- wszystko jest darmowe. Zarówno wstęp na pola, jak i parking. Znajdziecie natomiast „skarbonkę”, w której możecie sami zostawić jakiś grosz.


Dodatkowo w okolice znajduje się Galeria oraz „Cegielnia Art”, która specjalizuje się w ceramice. Tam JESZCZE nie dotarłam, ale kto wie, kto wie. Może nawet w najbliższych dniach się tam wybiorę. Wtedy na pewno dam znać, co i jak. ;)

P.S. Przepraszam! Niestety tym razem pojechałam bez aparatu, ale mam nadzieję, że mimo wszystko, pomimo fotek z telefonu, dostrzeżecie piękno tego miejsca ;)
Skansen Kurpiowski w Nowogrodzie.

Skansen Kurpiowski w Nowogrodzie.


Widok na Narew, stare- drewniane domy, specyficzny klimat i urok miejsca w którym założono Skansen Kurpiowski w Nowogrodzie, to jego największe atuty.
Jest on potwierdzeniem faktu, że miejsca nieznane, potrafią niesamowicie zaskoczyć!




Skansen im. Adama Chętnika w Nowogrodzie, to miejsce raczej mało znane. Sama trafiłam tam trochę przez przypadek, jednak zdecydowanie BYŁO WARTO!
Jeśli lubicie niespodzianki i bliskość natury, to Wam również powinno się spodobać. :)
Dodatkowo, warto wspomnieć, iż jest to drugie najstarsze muzeum na wolnym powietrzu w Polsce!

  
Warto było zboczyć z obranej trasy, przejechać polną drogą przez Kurpiowskie lasy, by w tak zwanym międzyczasie, jeszcze bardziej i mocniej uszczknąć dla siebie tutejszej kultury i zobaczyć widoki, które w ciągu ostatnich kilku lat, zniknęły już z krajobrazów, tuż przy tranzytowej drodze nr. 53.
Stare chatki, żurawie na polach, rzeźby i lokalne zdobienia... właśnie tego naoglądaliśmy się jeszcze  w drodze do skansenu. Taka dodatkowa wartość tej wycieczki!
Nie chciałabym nikogo urazić, ale tutaj taki „żywy skansen” możemy znaleźć praktycznie na każdym kroku.
Tradycja jest wciąż żywa i być może powoli słabnie, lecz ewidentnie jeszcze nie zaginęła.. i mam nadzieję, że tak pozostanie jak najdłużej!
Te wsie i miasteczka wciąż żyją swoim życiem! W swoim własnym rytmie. I to jest niesamowite, dlatego właśnie tak chętnie i często tutaj wracam!

W samym skansenie, zauroczyło mnie przede wszystkim miejsce.
Położone tuż nad Narwią, w ciszy i spokoju możemy nie tylko zwiedzić, ale również odpocząć! Siadając w altance, na szczycie wzgórza, miałam ochotę zostać tam przynajmniej do wieczora! 
(Swoją drogą, wcale nie tak łatwo się na nie wspiąć, jednak widoki rekompensują wszelkie trudy, a na szczyt prowadzą urocze, kamienne schodki)










Nawet zdjęcia robiły się same.. przez zupełny przypadek!
Czyż nie piękne niebo? ;)


Na szczycie jest tylko jeden budynek, lecz prezentuje się okazale!



Same obiekty zlokalizowane są na powierzchni ok. 3,5ha.
23 drewniane budynki oraz kilkadziesiąt obiektów małej architektury: bramy, kapliczki, studnie, itp.
Na zwiedzanie ich w środku trzeba czekać do określonej godziny- dla nas tym razem było to za długo, więc jedynie przespacerowaliśmy pomiędzy nimi.







Zobaczyliśmy m.in. wiatrak, stary młyn, żuraw i kilka starych drewnianych chałup oraz stare bartnicze ule z XIX wieku.








Ogólnie rzecz biorąc, były tutaj zgromadzone eksponaty, których część, sprawnie szukając, być może nawet znaleźlibyśmy jeszcze gdzieś w okolicy, wśród tutejszych gospodarstw!


Na koniec zaszliśmy do karczmy znajdującej się na terenie skansenu. Faktem jest, iż nie mają oni zbytnio rozbudowanego menu.
Z tego co pamiętam, do wyboru były dwie bądź trzy zupy (w tym żurek), kartacze i pierogi z mięsem, jakaś babka ziemniaczana… więc dla mnie, ze względu na fakt, że raczej nie jadam mięsa, pozostały jedynie frytki.

Porcje były naprawdę duże i ciężkie do przejedzenia dla jednej osoby. W smaku? Całkiem ok.
Na pewno, jeśli zdecydujecie się na któreś z dań, to nie wyjdziecie głodni!
Za obiad dla 3 osób; zupa+ drugie danie zapłaciliśmy razem 44zł.

Do tego widoki w cenie! ;)


Kończąc zwiedzanie, spotykamy się z Adamem Chętnikiem- patronem skansenu oraz jego żonami.
Jest to prezentacja współczesnej rzeźby oraz uwydatnienie przepięknych widoków w tle!

Praktycznie:

Do skansen dojedziemy jadąc trasą pomiędzy Myszyńcem, a Łomżą. Znajduje się przy ulicy Zamkowej 25- jest to uliczka bardziej na uboczu, jednak zaraz po wjeździe do Nowogrodu prowadzą tam specjalnie przygotowane, drewniane „drogowskazy”, które pokierują już od samego ronda- przyglądajcie się im uważnie, a na pewno się nie zgubicie! ;)
Przed wejściem znajduje się parking na kilkanaście samochodów- nie powinno być problemów z zaparkowaniem auta. 

Niestety miejsce nie jest zbyt dobrze przystosowane dla osób niepełnosprawnych czy z wózkami dla małych dzieci. Biorąc pod uwagę liczne schody (wcale nie niskie), progi i inne ścieżki schodzące po skarpach, możecie mieć tutaj problem ze sprawnym poruszaniem się.

Kasy czynne są od 8 do 16, a weekendy od 10 do 17, jednak brama wejściowa zamykana jest o godzinie 18:30.

Bilet (bez zwiedzania wnętrz chałup), to koszt 3zł.
W budynku kas, zakupić możemy różnego rodzaju pamiątki.
Są magnesy, pocztówki, zdaje się również zakładki do książek, a także zabawki dla najmłodszych.
My kupiliśmy drewniane flety i drewniane kredki z gwizdałką. (do wyboru różne kolory i wielkości).

Czas zwiedzania zależy od tego, czy zależy nam na chwili odpoczynku, czy tylko chcemy zobaczyć muzealne obiekty.
Gdybym jechała tam ponownie, zarezerwowałabym ok. 1-1,5h

Dodatkowo, więcej o obiektach na stronie: http://www.skansenkurpiowski.republika.pl/

Jastarnia - raj dla Kitesurferów (i nie tylko)!

Jastarnia - raj dla Kitesurferów (i nie tylko)!

Wspomnienia z dzieciństwa to jedne z tych najpiękniejszych, jedne z tych do których chętnie wraca się bez względu na porę dnia czy pogodę za oknem. Wspólne rodzinne wakacje, beztroska i.. coś czego brakuje w obecnych czasach- brak pośpiechu! To wszystko kojarzy mi się właśnie z Jastarnią!




Wcześniej byłam tam zaledwie raz. Miałam wtedy jakieś 7 lat... więc sami widzicie, że trochę czasu już minęło. I pomimo, że nie były to nadzwyczajne wakacje, które by się wyróżniały czymś szczególnym- morze, plaża, dużo słońca i zabawy - tylko tyle i aż tyle. Chciałam tam wrócić. Udało się w tym roku.

Sama Jastarnia ma dosyć ciekawą historię, z którą można zapoznać się chociażby na stronie -> http://www.jastarnia.pl/historia_naszego_miasta.html
Do XX wieku była głównie wioską rybacką, co spostrzegawczy bardzo łatwo zauważą. Port czy Muzeum zwane Chatą Rybacką są tylko tego namiastką!
Przed wyjazdem, warto poczytać trochę o tym jak i dlaczego. My tym razem tego nie zrobiliśmy, a kilku faktów dowiedzieliśmy się dopiero po powrocie do domu. :(

Dojeżdżając do Jastarni, byliśmy już dobre 10 godzin na nogach, z przechodzonymi co najmniej kilkunastoma kilometrami, i ze spalonymi na raka (o losie. ZNOWU!) ramionami, a ja  następnego dnia miałam mieć 3 kolokwia, więc postanowiłam zluzować tempo i nie siłować się na kolejne kilometry, bo i po co.

Spacerkiem dotarliśmy nad Zatoką Pucką,przycupnęliśmy na skraju pustej plaży- oprócz nas było tam może jeszcze ze 2 lub 3 osoby, ale ale! Tak nieliczna grupka była nas jedynie NA PLAŻY!


 
Nie bez powodu, wody Zatoki Puckiej określa się mianem raju dla Kitesurferów. Nie przypominam sobie, żebym kiedyś wcześniej widziała ich aż tylu, w jednym miejscu!
Kolorowe latawce, ciekawe akrobacje... naprawdę było co oglądać! Dla mnie był to spektakl tak ciekawy, że spędziliśmy tam prawie 3 godziny!














Po drodze chcieliśmy posiedzieć jeszcze na molo, jednak tym razem było zamknięte- w tym czasie odbywał się na nim remont :(
Jedynie pierwsze kilka metrów było dostępne, a z nich takie widoki!


Morze ma w sobie coś takiego, że ciężko się z nim rozstać. Otoczona codziennym gwarem miasta, tempem pracy z wiecznym terminem „na już” i studiami, uwielbiam takie spokojne miejsca. Pozwalające na ucieczkę. Chociaż jeśli czuję w nogach zrobione dobre kilkanaście kilometrów, to wtedy to uczucie jest jeszcze wspanialsze!


Kaszuby to też takie miejsce, które utożsamia się ze swoją kulturą o wiele bardziej, niż w wielu innych  regionach kraju. Dostrzec to można w różnych miejscach, m.in. poprzez 2 języczne nazwy ulic.


Zbliżał się wieczór i miałam świadomość, że niedługo trzeba będzie jechać w kierunku Trójmiasta, a chciałam zobaczyć jeszcze latarnię morską!
Jedyny minus w tym przypadku, to brak możliwości wejścia na górę, ale i samo zobaczenie jej z zewnątrz było wyzwaniem. Schowana między drzewami, wcale nie jest taka łatwa do odnalezienia!
Ale warto. Kto wie. Może za jakiś czas, zostanie udostępniona turystom, także do zwiedzania w środku.


Na koniec skierowaliśmy się jeszcze ku plaży, tym razem tej oblanej wodami otwartego Bałyku. Była ona inna- nawet piasek na niej układał się inaczej, w bardziej pofalowane fałdy. Ludzi tutaj również było trochę więcej.. TROCHĘ to słowo klucz! ;)



W tamtym momencie, nawet do głowy mi nie przyszło, że wrócę tam niecałe dwa tygodnie później. 13 lat czekałam na ten pierwszy powrót, a później ledwo 13 dni zdążyło minąć. Taką dostałam niespodziankę. I zarówno pierwszym, jak i drugim razem było bardzo fajnie! 

Praktycznie:

-> warto zobaczyć

  • Muzeum- Chata Rybacka
  • Port
  • Latarnia Morska
  • Molo
  • Pomnik przyrody- Kasztanowiec

-> z Jastarnią związane są 4 gminy partnerskie. Dwie Polskie i dwie Niemieckie.

  • Wisła
  • Wałbrzych
  • Elbe-Parey (Saksonia-Anhalt)
  • Baabe (Meklemburgia-Pomorze Przednie)
Copyright © Traviollini , Blogger