Slider

Polecane - wpisz "nie" jeśli nie chcesz tego gadżetu

Obserwuj bloga przez e-mail

Super szybkie i smaczne mini pizze.

Super szybkie i smaczne mini pizze.

Wolisz klasyczne smaki pizzy: szynka, ser- być może także pieczarki, czy lubisz bardziej na słodko z ananasem? Z tymi pizzerinkami możesz zaszaleć i stworzyć swoje własne unikalne połączenie w zaledwie kilkanaście minut!
Niemożliwe? Zdziwisz się jak szybko i bez wysiłku można przygotować przepyszne domowe mini pizze! ;)

.
Mój egzamin gimnazjalny - garstka wspomnień z przed 6 lat! ;)

Mój egzamin gimnazjalny - garstka wspomnień z przed 6 lat! ;)

Egzamin gimnazjalny już niedługo będzie wspomnieniem nie tylko w pamięci mojej i moich znajomych, ale również i w całym systemie edukacji w Polsce, postanowiłam zatem sobie trochę przypomnieć... jak to było!
Wspominając tamte czasy dopiero uświadomiłam sobie, że już 6 lat minęło! Ale jak, kiedy?!

.

Większość wydarzeń pamiętam jakby to było dosłownie wczoraj. No może poza pytaniami, które magicznie szybko uleciały z mojej głowy! ;)

Przyznam szczerze, że do egzaminów gimnazjalnych nie przygotowywałam się jakoś szczególnie i z czasem stwierdzam z całą odpowiedzialnością, że nie było to potrzebne. To są tego typu testy, że jeśli chodzi się do dobrej szkoły, to wystarczy tylko i wyłącznie wiedza z zajęcia, no i oczywiście jakieś tam nasze ogólne zainteresowanie światem i otoczeniem.

Sama sesja egzaminacyjna nieszczególnie mnie przejęła. Był to raczej czas, gdy podchodziłam do wszystkiego na zasadzie "przecież to nie mój pierwszy test/egzamin- zdam", a tutaj przy okazji jest wolne popołudnie.

Spacer zawsze na plus!

Na takim luzie zaczęło się od tego, że na pierwszy egzamin omal się nie spóźniliśmy! 
Wparowaliśmy na korytarz przed salą gimnastyczną w ostatniej chwili, gdy już większość siedziała przy swoich ławkach.
Powód? Spacer!
Tak, tak. Tuż przed egzaminem, w sukienkach i garniturach poszliśmy na kilkukilometrową przechadzkę. Tak jak to mieliśmy codziennie w zwyczaju. Każdego dnia rano, jeszcze przed lekcjami robiliśmy sobie taki przynajmniej 3km spacer.

Stres?

Stres to nic dobrego. Szczególnie na egzaminach!
Niestety zazwyczaj w szkołach wygląda tak, że egzamin jest przedstawiany uczniom jako coś nie wiadomo jak ważnego, od czego niemal zależy nasze życie. A tak jest jedynie po części.
Jasne, że dobry wynik jest przydatny- pomaga dostać się do dobrej szkoły, na lepsze studia itd., ale z drugiej strony nie powinno to być coś, przez co nie śpi się po nocach!
Ja widziałam płacz, histerię, ale pamiętam też mdlejącą koleżankę, która tak strasznie się denerwowała samym egzaminem, że w pewnym momencie wręcz osunęła się na ziemie idąc do swojego stolika. Widok naprawdę nic przyjemnego! Szczególnie jeśli pierwszy raz bezpośrednio przy tobie ktoś traci przytomność.

Ona mdlejąca, a z drugiej strony my. Chichoczący się między sobą i mam wrażenie ubawieni ze wszystkiego. Jestem pewna, że gdyby to był egzamin na studiach i gdyby nasi nauczyciele nie znali nas tak dobrze jak znali, to zadzwonili by po policję i przebadali alkomatem. Ja reaguję śmiechem na bardzo wiele emocji: radość, podenerwowanie, rozluźnienie atmosfery, odstresowanie, znużenie - są to różne rodzaje śmiechu i ten mnie dobrze zna, kto umie je rozróżnić! ;)

Kochanowski... zawsze i wszędzie!

Wspominałam już, że ja na każdym egzaminie i każdej olimpiadzie miałam coś o Kochanowskim?
Kochanowski, Kochanowski i jeszcze raz Kochanowski. Zawsze. I wszędzie! ;D

Jeśli nie, to teraz się "pochwalę". Zarówno na egzaminach w podstawówce i gimnazjum, jak i na maturze zarówno pisemnej jak i ustnej miałam właśnie coś o Kochanowskim. Na olimpiadach z polskiego i historii również. I nie powiem, przynosił mi szczęście, zawsze.
Chociaż tak naprawdę nie wiem który z Kochanowskich bardziej mi te szczęście przynosił. Może jeden i drugi, kto wie! ;D

Jeśli chodzi o sam egzamin, to prawie przez tego pana wyleciałam. I nie tylko ja. Pierw niekontrolowany napad śmiechu, później odruchowe szukanie telefonu w kieszeni, by napisać SMS do znajomych. Pani z komisji ten odruch jakoś się nie spodobał.

Egzamin w pół godziny? Da się zrobić!

Sądzicie, że wychodzą pierwsi ci, którzy przeczytali arkusz i są przekonani, że nic więcej nie wymyślą? Ja tak kiedyś myślałam- do czasu.
W czasie egzaminów gimnazjalnych zapamiętałam szczególnie... szybki koniec jednego z kolegów.
Hmm źle to ujęłam, ale wyszedł z egzaminu z matematyki dosłownie po trochę ponad 30 minutach... i napisał go na ponad 90%.
Niech mi ktoś powie jak, bo ja do dzisiaj nie wiem jakim cudem on to zrobił w takim tempie!!

Co miałeś w ... zadaniu?

Oddajesz arkusz, opuszczasz salę i czym prędzej biegniesz do szatni, by dowiedzieć się co zaznaczyli znajomi. Ahh! ;D Pamiętam wymianę odpowiedzi w szkolnej szatni, nawet pamiętam niektóre zadania o które wtedy "kłóciłam się" z przyjaciółką, o to jak liczyliśmy sobie ile mniej więcej % nam wyjdzie. Małe rzeczy, ale jak teraz to wszystko wspominam to mam takiego banana na twarzy, że szok! ;p

A poza tym

A poza tym wszystkim co już wcześniej napisałam, to pamiętam plastikową łyżkę, która powyginała mi się w zupce chińskiej kupionej w sklepiku tuż przed egzaminem, żeby nie burczało w brzuchu w tej ciszy, pamiętam też ubrudzony farbą ze świeżo malowanych pasów obcas i bieg na autobus. Myślę, że wtedy doliczając kilka sekund za kilkucentymetrowe obcasy na nogach mogłabym się zmierzyć z samym Usainem Boltem! ;)

Czy coś jeszcze? Na ten moment chyba jest to wszystko, natomiast moja pamięć po takim czasie może być też lekko przykurzona, więc chyba sama dla siebie będę edytowała ten wpis, gdy tylko coś jeszcze mi się przypomni. Za kilka lat chętnie wrócę do tych wspomnień- kto wie, może by sobie przypomnieć cóż to takiego był ten historyczny egzamin gimnazjalny!

Tym postem chciałabym Wam też uświadomić, że egzaminy to nic strasznego. Wiem, że łatwo się mówi będąc już dawno po nich, ale naprawdę nie ma się nimi co stresować- przecież to nie Wasze pierwsze i nie ostatnie.
Z odpowiednim podejściem można je zdać całkowicie bezboleśnie, a przy okazji zafundować sobie w tym czasie same dobre wspomnienia, a i przy okazji osiągnąć lepsze wyniki!
Pamiętajcie, zestresowani nie myślimy i nie łączymy faktów tak dobrze, jak wtedy, gdy jesteśmy na naszych optymalnych obrotach. Tak na egzaminie gimnazjalnym, jak i na maturze. ;)

Trzymajcie się ciepło, a Wam drodze uczniowie powodzenia! Zazwyczaj jest tak, że ostateczne wyniki są lepsze, niż się tego spodziewamy! ;)
Zamek w Łańcucie - mały Wersal?

Zamek w Łańcucie - mały Wersal?

Zamek w Łańcucie bywa określany jest mianem małego Wersalu.
Szczycący się przepięknymi wnętrzami i bogatą kolekcją pojazdów konnych, dodatkowo otoczony pięknym kompleksem parkowym o powierzchni ponad 30 ha, jest popularnym celem wycieczek w Polsce południowo-wschodniej. My również pokusiliśmy się o taką wycieczkę. Jakie były nasze wrażenia? Zapraszam do dalszej części wpisu. ;)

Łańcut | Zamek w Łańcucie

Łańcut jest niespełna 20 tysięcznym miasteczkiem w województwie podkarpackim. Położony około 16 km od Rzeszowa, na trasie autostrady A4, jest dobrze skomunikowane ze stolicą województwa, co znacznie ułatwia sprawę przyjezdnym.

Większość turystów odwiedza miasto ze względu na popularny w całym kraju Zamek.
Początki rezydencji sięgają II połowy XVI wieku. Kompleks przez lata zmieniał się, aż do dnia dzisiejszego, gdzie zarządzający starają się odtworzyć wygląd z lat świetności tego miejsca.
Ogród zamkowy zajmuje powierzchnię ponad 30 ha, zatem możemy tutaj spędzić cały dzień na spacerach wśród alejek.
Przez lata rezydencja należała do znanych rodów, w tym do rodów Pileckich i Stadnickich. Obecna należała do Lubomirskich, a następnie Potockich.

Co zobaczyć w Łańcucie, a dokładniej w kompleksie Zamkowym?

ZAMEK W ŁAŃCUCIE - to co najważniejsze!

 

Park i dziedziniec- pierwsze wrażenia

Po przejściu bramy Parku Zamkowego i zobaczeniu obrośniętej bluszczem, ładnie odrestaurowanej fasady budynku, byłam wręcz zachwycona.
Pozytywne wrażenie potęgował fakt, że dookoła było pełno zieleni. Pomyślałam tylko "wow. Nieźle się zapowiada!" i naprawdę czekałam na więcej. Podobało mi się!





Spacer z każdym krokiem był przyjemniejszy; idealnie przycięte krzaki, pięknie kwitnące róże, dużo kolorowych kwiatów i zieleni. Do tego pogoda jak najbardziej sprzyjała, więc korzystaliśmy ile tylko się dało!

Stając na mostku, tuż przed dziedzińcem byłam naprawdę oczarowana. Nie wiem czy już wspominałam, ale naprawdę uwielbiam podziwiać tego typu architekturę. Zresztą, ja bardzo lubię wieeele typów architektury- szczególnie z zewnątrz!

Łańcut | Zamek w Łańcucie







Zrobiłam trochę zdjęć, obeszliśmy wszystko dookoła i postanowiliśmy zwiedzić wnętrza.

Wnętrza

W internecie czytaliśmy wiele bardzo pochlebnych opinii o wnętrzach zamku, zatem nie mogliśmy przepuścić zwiedzenia. Jeśli w środku miało być tak pięknie jak na zewnątrz, czekał nas owocny dzień, pełen samych pozytywnych wrażeń i wartościowej sztuki.
Odebraliśmy nasze audioprzewodniki i... okazało się, że mamy założyć jeszcze jakieś ochraniacze na obuwie. Nie wyglądały one zachęcająco, ale co tam. Wzięłam nasze pary czegoś, co przypominało... kapcie? A może bardziej sandały? Coś w tym stylu. Założyłam i zdębiałam. Mówiąc delikatnie, ślizgało się to jak cholera! Z moimi kolanami, bałam się zrobić w tym krok. Naprawdę bałam się odejść od ławki...

W międzyczasie zaczepiła nas pewna Pani, która wróciła ze zwiedzania i stwierdziła, że chodzi się w tym strasznie! Popatrzyła na nas, popatrzyła na babcię... "Wy to jeszcze taka młodzież, ale Pani, to naprawdę tam na siebie uważa". Chwila konsternacji, moja kolejna próba przejścia kawałka w tym cholerstwie... i rezygnacja.

Zrezygnowaliśmy ze zwiedzania wnętrz całkowicie! W perspektywie jeszcze około 1000km do przejechania, wolałam nie testować podkarpackich szpitali, bo żadna to przyjemność. I babcię chciałam odwieźć do domu w jednym kawałku- bez gipsów!

Byłam trochę... zniesmaczona. Ja rozumiem, że troska o podłogi, ale z czymś takim się jeszcze nie spotkałam. Już lepsze by były te szpitalne nakładki na obuwie, czy cokolwiek innego w tym stylu, niż jakieś wyślizgane, znoszone przez x ludzi kapcie! Jeśli ktoś ma problemy czy to z kolanami, czy z kostkami będzie się bał w tym wynalazku zrobić kroku. Ja się bałam!

Tym sposobem, nasza wizyta w Łańcucie się znacząco skróciła. Mam też poczucie, że wiele straciliśmy, że ominęła nas jedna z największych atrakcji tego miejsca, czego bardzo żałuję. Z drugiej jednak strony był to jedyny dla nas rozsądny wybór.

Stajnia i wozownia

Kolejne kroki skierowaliśmy ku Stajni i Wozowni.



Budynki te znajdują się po drugiej stronie ulicy w stosunku do Parku Zamkowego. W pierwszym budynku można zobaczyć m.in. boksy koni, kilka wozów i gabinet.


Po przejściu przez podwórko, wchodzimy do Wozowni. Tam na dosyć dużej powierzchni zgromadzono przeróżne powozy. Starsze, nowsze. Bardziej i mniej oficjalne.




Można pooglądać, ale jak dla mnie to wszystko było... sama nie wiem jak to określić. Takie statyczne. Oczywiście nie liczyłam, że zaprezentują nam wozy jeżdżące, ale mimo wszystko oczekiwałam czegoś trochę innego. Znowu poczułam się tutaj, jak w takim typowym polskim muzeum, za którym ja nie przepadam. W tamtym dniu na szczęście całą robotę na mój humor i zadowolenie ze zwiedzania robił Wiedeń, ale o tym wspomnę jeszcze na koniec. ;)

Na zakończenie zwiedzania tej części kompleksu, dokupić można również przejażdżkę bryczką. Nie wiem niestety, ile taka przyjemność kosztuje.

Nieopodal Stajni i wozowni, obejrzeć można zbiory ikon, jednak my tam w jakiś sposób nie dotarliśmy.


Storczykarnia

Storczykarnia była na drugim miejscu- zaraz po zamku, po którym spodziewałam się najwięcej. Liczyłam, że zobaczę tam masę kwiatów, których nie sposób dostać w zwykłej kwiaciarni. Zastanawiałam się już nawet komu takiego kwiatka kupić na pamiątkę i jak ja je do domu dowiozę.
Niestety, aż tak cudownie nie było.

Rośliny oglądamy w szklarni, która na bieżąco nawilżana jest strugami wody wypuszczanymi w powietrze w postaci pary wodnej. W środku jest bardzo zielono i.. baaardzo ciepło!
Wrażenie jest przyjemne w odbiorze, jednak zobaczyć możemy bardzo wiele kwiatów, które znajdziemy i w lepszych kwiaciarniach- bez efektu WOW!




Po powrocie doczytałam, że w części ekspozycyjnej, prezentowane są tylko najefektywniejsze rośliny będące w okresie kwitnienia, reszta znajduje się w szklarniach zaplecza, więc zaczęłam się zastanawiać, czy być może my nie trafiliśmy przypadkiem akurat na kiepski okres i nie widzieliśmy całej okazałości zasobów...

Poza samą storczykarnią, w budynku znajduje się kawiarnia i stawy z kwitnącymi liliami wodnymi. Przyjemne miejsce na wypicie kawy i spędzenia czasu z najbliższymi.

Park otaczający zamek

Park otaczający zamek, to zdecydowanie najlepszy punkt zwiedzania. Jest to bardzo rozległy obszar, idealnie zadbany, z pięknymi alejkami i ławeczkami na których możemy spokojnie odpocząć w cieniu rozłożystych drzew. Od czasu do czasu da się usłyszeć stukot końskich kopyt, zaprzężonych do bryczki wiozącej turystów.




Bliżej zamku kwitnie wiele pięknych kolorowych kwiatów, które w połączeniu z kolorami fasady i odbiciem promieni słonecznych stwarzają bardzo przyjemną atmosferę... coś jak w ogrodzie botanicznym.

BŁĘKITNA MARKIZA, BIAŁA DAMA I DIABEŁ ŁAŃCUCKI - o tym nie usłyszycie nigdzie indziej!

Nie wszyscy wiedzą, że pierwotnie Zamek był budowlą obronną. Wpływ miały na to przede wszystkim fosy, które odegrały znaczącą rolę w czasie najazdu Szwedów. Warto dodać, że zamek ten nigdy nie został siłą odbity właścicielom.

Z Łańcutem wiąże się kilka ciekawych legend, które przeplatając się z historycznymi zdarzeniami sprawiają, że możemy trochę bardziej zagłębić się w dzieje tego miejsca. Tymi najbardziej popularnymi są te o Błękitnej Markizie, Białej Damie i Diable Łańcuckim.

Błękitną Markizą określana była Izabela Lubomirska. Miano takie otrzymała dzięki ulubionemu kolorowi- błękitowi. Legendy o damie w błękitnej sukni widywanej w zamku krążą do dziś.

Białą Damę natomiast wiąże się z Julią- córką Izabeli, która osamotniona w małżeństwie z Janem Potockim, zakochała się w oficerze rosyjskich wojsk. Z tęsknoty za ukochanym, gdy ten wyruszył na front, słała mu listy z rezydencji matki. Legenda głosi, że można ją spotkać piszącą list, przy biurku w zamkowych komnatach.

Inna legenda dotyczy jednego z mieszkańców Zamku, czyli Stanisława Stadnickiego, nazwanego z czasem Diabłem Łańcuckim, ze względu na liczne prowadzone potyczki. Początkowo wojskowy, później aferzysta. Typ awanturnika, rabusia... ale przypisywano mu także te najpoważniejsze przestępstwa jak gwałty i morderstwa! Inicjator lokalnej wojny ze Starostą Leżajskim. „Diabeł Łańcucki” zginął w czasie ostatecznego rozrachunku ze Starostą, ginąc dobity przez Tatar, którego zwano Persa.

Diabła Łańcuckiego najprędzej spotkać można na koniu w burzliwe noce na ulicach miasta. Mówi się, że pędzi on wtedy na kolejne boje.

Warto też wspomnieć, że w zamku kręcono sceny filmy "Hrabina Cosel"

INFORMACJE PRAKTYCZNE


Zgodnie z Cennik Muzeum w Łańcucie na 2019 rok, bilet ulgowy na wszystkie obiekty to wydatek 33zł, a normalny 42zł.

Ciekawą opcją jest akcja "Kultura Dostępna" w ramach której uczniom, studentom oraz osobom niepełnosprawnym, na każdą z wystaw stałych przysługują bilety za 1zł.

Poniedziałek jest dniem darmowego zwiedzania (bez przewodników i audioprzewodników)

JAK DOJECHAĆ I GDZIE ZAPARKOWAĆ

W zależności od tego skąd jedziemy, mamy kilka opcji do wyboru. Do Łańcuta dojeżdżają pociągi głównie z Przemyśla i Rzeszowa, ale także Tarnowa, Wrocławia, Warszawy, a nawet bezpośrednio z Berlina. Poza tym kursują różnego rodzaju autobusy i busiki, jednak moim zdaniem w tym przypadku najlepszą opcją jest wybór własnego auta.

Mamy do wyboru autostradę A4, drogi krajowe oraz oczywiście lokalne połączenia.

Nasza trasa przebiegała wschodnią częścią województwa, a do Łańcuta wjeżdżaliśmy od strony Jarosławia i przez większą część trasy, zdecydowanie nie mieliśmy na co narzekać.



Jeśli chodzi o parkowanie niedaleko zamku, to jest ono płatne (My tak naprawdę innych miejsc nie znaleźliśmy, ale przyznaję że nie szczególnie szukaliśmy. Miało być blisko.) Opłatę regulowaliśmy u Pana z przenośnym biletomatem, który wydał nam kwit, ceny dokładnie nie pamiętam, ale nie była ona zaporowa (jak chociażby w Wiśle, gdzie płaciliśmy od 5zł za godzinę wzwyż!)

Można zaparkować w centrum, skąd dosłownie 5 minut spacerkiem do parku. Da się stanąć nawet w okolicach samej bramy, ale tutaj jak można się domyślić, trzeba liczyć na szczęście z miejscami.

W sezonie jest dosyć ciasno do parkowania, jednak baczne oko i chwila cierpliwości, a nie powinno być problemów z zostawieniem auta. ;)

OGÓLNE WRAŻENIA - Miejsce o dwóch obliczach

Naczytałam się, że Łańcut to jedno z najbardziej urokliwych miejsc w tej części kraju, że Zamek to perła architektury, mały Wersal... Eh, chyba zrobiłam się strasznie wybredna! Chciałabym tutaj napisać, że jestem zachwycona, że Zamek w Łańcucie wywarł na mnie tak dobre wrażenie, że wciąż mi mało... niestety tak nie było. Być może nastawiłam się na zbyt wiele? Jak już wspomniałam, sam Zamek robi dobre wrażenie z zewnątrz, Park jest przyjemnym miejscem na spacer, ale nie jest to miejsce warte kilkuset kilometrów jazdy. Gdybyśmy jechali z domu, bylibyśmy bardzo rozczarowani, a tak te 200km można było zrobić, chociażby dla tego spaceru wśród kwiatów. Na nic więcej już nie mieliśmy po takim rozczarowaniu ochoty, więc zaraz po obiedzie ruszyliśmy w drogę powrotną. Czy żałuję tego wyjazdu? Nie. Zobaczyłam na własne oczy co i jak, zatem jeśli jesteście w okolicy- zajrzyjcie. Nie nastawiając się na rewelacje, spędzicie całkiem miło dzień, ale bardziej odpoczywając w parku. Ja osobiście musiałabym oszukać samą siebie twierdząc, że jest to miejsce szczególnie warte odwiedzenia, ale opinia każdego z nas może się przecież różnić. ;)

Więcej aktualnych informacji znajdziecie na stronie Muzeum - Zamek w Łańcucie, gdzie udostępniono chociażby mapę zwiedzania.

Jeżeli byliście już w Łańcucie, koniecznie dajcie znać jakie są Wasze wrażenia!
Pozdrawiam, Viola ;)
Proste muffiny bananowo-cytrynowe.

Proste muffiny bananowo-cytrynowe.

Jakie są Wasze ulubione smaki wypieków? Wolicie na słodko, czy raczej wytrawnie?
Ja lubię także te nieoczywiste połączenia smaków, szczególnie w przypadku ekspresowych muffin. Tym razem postawiłam na banana i cytrynę. Z takiego połączenia powstały proste muffiny bananowo-cytrynowe. Babeczki z tymi składnikami są słodkie i kwaśne zarazem. Odrobinę przypominają smakiem muffiny z kiwi! Warto spróbować. ;)

Muffiny | Banan | Cytryna | Wypieki

Dawno nie było tutaj żadnego nowego przepisu na muffiny, więc nadrabiam. Na weekend warto mieć coś na szybko do kawy- tak w razie gdyby postanowili nas odwiedzić jacyś nieoczekiwani goście! ;)

Niestety, sezon na świeże owoce z ogródka jeszcze się nie rozpoczął- trzeba zatem wykorzystywać inne zasoby, które mamy pod ręką.
Tym razem zostało mi kilka mocno dojrzałych bananów, które do jedzenia za chwilkę byłby zbyt dojrzałe, a do wypieków nadają się wręcz idealnie!

Słodycz dobrze dojrzałego bana, posmak kwaskowatej cytryny, do tego tylko kilka dodatków na ciasto. Przygotowanie muffin nie zajmie więcej, niż kilkanaście minut.

SKŁADNIKI:

  • 1,5 szklanki mąki
  • 0,5 szklanki cukru
  • szczypta soli
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/3 szklanki oleju
  • 1 jajko
  • 1/3 szklanki mleka
  • 2 dojrzałe banany
  • sok z jednej cytryny

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA:

Banany rozgniatamy widelcem, wyciskamy sok z cytryny.
W misce mieszamy składniki suche: mąkę, cukier, sól i proszek do pieczenia. Zgodnie z zasadą jednej szklanki składników mokrych, nalewamy do szklanki olej, później dodajemy jajko- mieszamy. Następnie pozostały fragment zapełniamy mlekiem. 
Mokre składniki wlewamy do suchych i mieszamy. 
Na koniec dodajemy rozgniecione banany i sok cytrynowy. Mieszamy ponownie niezbyt dokładnie i przekładamy ciasto do papilotek (prawie do pełna. Zostawiamy jedynie niewielką pustą przestrzeń u góry- tak trochę więcej, niż 3/4).
Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni, przez około 20-25 minut.

Smacznego! ;)

Muffiny, banan, cytryna, babeczki, przepis

Muffiny, babeczki, przepis, banan, cytryna

Babeczki, banan, cytryna, przepis, muffiny
Przepis inspirowany:
http://kuchnia.o2.pl/przepisy/muffinki-bananowo-cytrynowe-p_17309
W pogoni za ideałem. Czy da się odnaleźć siebie w erze życia na pokaz?

W pogoni za ideałem. Czy da się odnaleźć siebie w erze życia na pokaz?

Świat oszalał! Z roku na rok pędzi coraz szybciej. Rosną oczekiwania, rośnie presja społeczeństwa. Po środku tych wszystkich ludzi, gdzieś w tym tłumie jesteśmy my. Każdy z nas jest w tym olbrzymim systemie jak jakiś maleńki trybik. Niby maleńki dla ogółu, a jednak każdy od niego oczekuje rzeczy wielkich. Rzeczy często ponad siły normalnego człowieka.

.
Środowisko wymusza od nas bycie NAJ.
Od wczesnego dzieciństwa jesteśmy uczestnikami wyścigu szczurów.
Być może same tego doświadczacie, a jeśli nie to przyjrzyjcie się kiedyś jak wygląda wyjście z dzieckiem na plac zabaw. Oczywiście nie zawsze, ale bardzo często. Dziecko w markowych mini ciuszkach, w wypasionej spacerówce z bajerami. Mamusie czekające na ławce prześcigają się-oczywiście przy okazji- w licytowaniu cech swoich super dzieci, a często i tatusiów.
Poza placem zabaw powszechny jest również "konkurs" na najpiękniejszą córeczkę, na to kto daje rodzicom przespać nocki i pierwszy zacznie chodzić czy mówić, a później kto robi super postępy w przedszkolnych zabawo-naukach.

Etap szkoły to już szał! Głównym "wyznacznikiem" jest dostanie się do najlepszej szkoły i dobrze by było, żeby w tej szkole dziecko było po prostu najlepsze. No przynajmniej w swojej klasie! Takie minimum. Do tego oczywiście nienaganny wygląd i zachowanie na wszystkich spotkaniach z rodziną i znajomymi. Szczególnie tam!

Presja z roku na rok jest coraz większa bo i coraz więcej rzeczy trzeba godzić. Na poziomie (za moich czasów) gimnazjum korepetycje z każdego przedmiotu, to niemal obowiązek. Kursy językowe i zagraniczne obozy, to także bardzo dobrze postrzegany dodatek.

Co po szkole? Oczywiście studia, bo jakże inaczej. Jak by to miało się obejść bez wyższego wykształcenia. Wykształcenia zdobytego na prestiżowej uczelni, na jakimś "ważnym" kierunku, najlepiej z samymi 5.
W czasie studiów jeszcze w międzyczasie należy znaleźć idealnego kandydata na przyszłego męża, a tuż po studiach mieć już świetną posadę, chwilę później wziąć wymarzony ślub z hucznym weselichem na 400... ba! na 500 osób!, a po kilku latach kupić dom (oczywiście na kredyt).
W takiej kolejności czas pomyśleć też o dziecku, nie rezygnując przy tym z życia zawodowego i towarzyskiego na pełnych obrotach.

Żeby pozostać na topie wśród znajomych i nie stracić popularności w social mediach, w międzyczasie nie wolno pominąć wypasionej podróży na koniec świata i corocznego urlopu na tropikalnej wyspie, o których później nagramy vloga na youtube albo napiszemy wypasioną notkę na blogu.
Nie, to nie jest tak, że krytykuję wszystko. Nie uważam, że świat jest beznadziejny, a ludzie zatracili wszelkie wartości. W granicach zdrowego rozsądku może być to częściowo scenariusz marzeń. 
Uważam, że konsumpcjonizm nie jest zły. Ale no właśnie. Póki robimy to dla siebie i są to NASZE marzenia, a nie wszystkich ludzi dookoła. Rodziny, znajomych, czy internetowego "życia". Niestety, ale prawda jest taka, że coraz bardziej i coraz więcej ludzi żyje na pokaz. Żyją życiem na potrzeby internetu, w którym chcą za wszelką cenę pokazać, że oni osiągnęli coś więcej. Świat to w dużym stopniu wymusza. Nasze otoczenie.

Do czego to dąży?
Czy w obecnych czasach nie można być już sobą? Sobą wyznającym inne wartości? Człowiek dla którego nie zawsze więcej oznacza więcej. Człowiekiem dla którego wyznacznikiem własnej wartości nie jest konto na facebooku? Przecież popularne stwierdzenie głosi, że jeśli nie ma Cię na facebooku, to nie istniejesz!
Czy można być szczęśliwym spełniając oczekiwania innych, a nie swoje? Czy można osiągnąć w życiu harmonię będąc dla wszystkich, a nie mając czasu dla siebie?

.

Tak, sama jestem częścią tego biegu. Przyznaję. Kto z nas nie jest?
Z jednej strony jestem typem osoby, która lubi gdy się dużo dzieje i gdy ma dużo na głowie. Bardziej się męczę i czuję obco, gdy nie mam w co rąk wsadzić, ale z drugiej strony ostatnia sesja pokazała mi, jak i ja ugrzązłam w tym wyścigu szczurów.
W zasadzie przez ostatnie dwa miesiące nie miałam czasu dla bliskich mi ludzi i na ważne dla mnie sprawy. Ja nawet dla siebie nie miałam czasu!
Odkładałam na bok własne zdrowie. Spałam po 2h, jadłam co popadnie-byle szybciej. Przecież trzeba pracować, trzeba robić studia i to jeszcze nie z byle jakimi ocenami, bo jednak coś wypada zaprezentować na dyplomie. Do tego dom. Jakby to było, gdyby panował w nim totalny chaos. Tak, z natury jestem raczej perfekcjonistką. I czasami jest ciężko.
Z drugiej strony na szczęście życie nauczyło mnie mówić NIE, więc zwykle najwięcej energii poświęcam temu, co uważam że ma dla mnie znaczenie i sens. Często staram się wyrwać z pędu, zrobić sobie przynajmniej "urlop", ale prawda jest taka, że nie w każdej sytuacji się da. Nie da się uciec od codzienności na dłużej. Trzeba żyć, pracować, być wśród ludzi. Czasami także wirtualnie.

Zatem i ja wciąż uczestniczę w tym wyścigu. Wyścigu na wykształcenie, doświadczenie zawodowe, odhaczone kursy, odwiedzone kraje, ubiór, wygląd, a za parę lat dojdzie kategoria super żony i matki.
W utartym schemacie kobieta powinna być dobrą żoną, matką, panią domu, bizneswoman, przy tym powinna być zadbana, perfekcyjnie ubrana i umalowana. A w towarzystwie ma błyszczeć. Powinna?
Takie oczekiwania wysuwa obecny świat. Świat, który trochę oszalał! Taka postawa możliwa jest chyba tylko w grach komputerowych i filmach. W pracy często samo się wali w sytuacjach na które nie mamy wpływu, dzieci chorują, my chorujemy i się starzejemy. A czasami niedosypiając nie mamy czasu albo ochoty na idealny makeup.
Obiecuję sobie, że jestem częścią tego wariactwa tylko jeszcze kilka lat. Obiecuję sobie, że później zwolnię. Dla rodziny, ale i dla siebie. Zobaczymy jak to będzie. Wiem jedno- dla nikogo nie jestem w stanie poświęcić więcej, niż dla ludzi których kocham. Oni odwdzięczają mi się siłą, którą od nich czerpię.

Cały ten wyścig robi się coraz bardziej chory. Gdzie w tym wszystkim liczy się po prostu CZŁOWIEK? Gdzie liczymy się MY? Co będzie za kilka lat, kiedy w dorosłość wejdzie pokolenie dzieci, które dorastały w tym od urodzenia?
Kiedyś mówiono, że w modelingu nie ma przyjaźni. Każdy walczy tylko o siebie i idzie dalej bez względu na cenę. Mam wrażenie, że obecnie tak wygląda codzienność każdego z nas, a o prawdziwą przyjaźń- szczególnie gdzieś na gruncie zawodowym coraz ciężej!

Teraz liczy się to jaką mamy pozycję, ile mamy i co mamy. Nie ma znaczenia czy nas to uszczęśliwia, czy nie. Czy mamy czas dla rodziny, czy jesteśmy szczęśliwi w związkach. Grunt by dobrze wyglądało.
Być może trochę uogólniam, ale zastanówcie się, czy przypadkiem w jakimkolwiek stopniu nie tracicie przez ten wyścig tego, co dla Was ważne. A przede wszystkim co sprawia Wam radość.

.
Mam to szczęście, że mam naprawdę cudownych rodziców. To że są kochani, to chyba oczywiste, ale całe moje życie są dla mnie też niesamowicie wyrozumiali. Pozwalali mi na naprawdę wiele, ufali, ale dawali mi się przy tym uczyć na własnych błędach, zwrócę więc w tym momencie kilka słów w ich stronę: Kocham Was najmocniej na świecie! I dziękuję za to, że mogłam dorastając być sobą. Nie tylko córką Waszych marzeń. Bo wiem, że nie zawsze nią byłam i wciąż nie jestem typem idealnego dziecka. Gdyby nie Wy, gdyby nie jeszcze kilka osób, na które trafiłam na swojej drodze na pewno nie byłabym teraz tym kim jestem. I nie miałabym takiego charakteru.

To właśnie dzięki moim bliskim jestem tym kim jestem i spełniam się nawet w tym szalonym świecie. To właśnie oni w zasadzie nigdy nie wymagali nic ponad mnie. Rodzice zawsze mi powtarzali, że uczę się i robię wszystko dla siebie- nie dla nich. Żebym przede wszystkim myślała o tym czego ja chcę, na czym mi zależy i o konsekwencjach decyzji, które ja podejmę.
Sama często wywierałam na sobie presję bycia najlepszą córką, najlepszą wnuczką, uczennicą super prestiżowej szkoły.
Fajne jest to, że ani wtedy, gdy byłam dzieckiem, ani teraz gdy jestem już dorosła nie tworzą niepotrzebnej presji, a z drugiej strony wiem, że gdy potrzebuję zawsze mogę przyjść i przegadać co mi tam na sercu leży. Na zasadzie pomocy, nie przymusu.
Tym bardziej nie rozumiem rodziców, którzy oczekują od swoich rodziców złotych gór. Nie zależy im na szczęściu własnych dzieci, tylko na tym co powiedzą znajomi. Nie są dla dzieci wsparciem, a kłodami rzucanymi pod nogi. Kłód już mają wystarczająco dużo z zewnątrz. Internet jest bezwzględny, ludzie w nim sztucznie odważni, a dzieci coraz bardziej bezwzględne. Nie bądźcie tacy i Wy. Bądźcie rodzicami, nie stróżami porządku. Dzieci szybko dorastają. Dzieci mają swoje dzieci, które mogą mieć dziadków za obcych. Nie traćcie czasu, którego nigdy nie odzyskacie. Niektóre rzeczy nie tak łatwo odzyskać. Zaufania, ale i miłości nie da się zbudować z dnia na dzień. Widziałam to z bliska. Nie fajne jest takie życie. I wejście do takiej rodziny...

Mój K., bliscy przyjaciele dają mi wolność. Wolność której mój charakter tak bardzo potrzebuje, jednocześnie będąc obok. Daleko mi do ideału. Jestem wręcz bardzo ciężkim typem człowieka. Czasami sama nie jestem w stanie siebie zrozumieć. Oni rozumieją. Rozumieją, że nie zawsze będę miała czas, albo po prostu siłę. Rozumieją, że czasami podejmuję decyzję trochę inne, niż oni oczekują i czasami potrzebuję też chwili tak po prostu dla siebie. Za to Kochani Wam strasznie dziękuję. Bez Was ten (mój) świat stanął by już dawno temu na głowie!

Dzisiaj pozwoliłam sobie na trochę prywaty. Myślę, że starsi wiedzą jak ważne są odpowiednie osoby w naszym życiu, jeśli natomiast zaglądają tutaj młodsi ode mnie; Kochani, otaczajcie się ludźmi którzy wnoszą coś wartościowego do Waszego życia. Z którymi macie tematy do rozmów do samego rana, z którymi nawet deszczowy dzień bez telefonu czy komputera nie jest nudnym, z którymi nawet różnice zdań są dobrym powodem do spotkania się.
Ilość znajomych na facebooku, czy serduszek na insta nie da Wam szczęścia - NIGDY.
Wiem, że teraz żyje się głównie cyfrowo, jednak social media zakłócają prawdziwe życie. Zdjęcia są zaprogramowane pod odbiorców. Kolory podkręcone. Miejsca pokazywane w sieci, to często wyobrażenie autora- fotografa we współpracy z programem do obróbki o tym miejscu. Z ludźmi jest podobnie. Czy to ma być dla nas wyznacznikiem tego, kim mamy być i jak mamy żyć?

Dobrego wieczoru Kochani. Życzę Wam samych własnych wyborów. ;)
Podsumowanie 2018 roku. 12 miesięcy w wersji mini.

Podsumowanie 2018 roku. 12 miesięcy w wersji mini.

Pisząc pierwsze słowa tego wpisu, było przede mną jeszcze kilkanaście godzin z 2018 rokiem, gdy teraz dodaję zdjęcie tytułowe i zapisuję ostatnie linijki tekstu jest przed północą z 1 na 2 stycznia. Liczby w dacie zdążyły się już zmienić z 18 na 19 jakiś czas temu. Niby niewiele minęło, ale pomimo, że wciąż dziwnie w zapisie, to 2019 zagościł u nas na dobre!


Jaki był miniony rok?
Pod wieloma względami był na pewno przełomowy. Kilka rzeczy sobie uświadomiłam, "porozmawiałam" troszeczkę sam na sam ze sobą, dowiedziałam się czegoś więcej o przeszłości i obrałam nowy kierunek na przyszłość.

Nie chcę dzisiaj opisywać wszystkiego, nie chcę rozwodzić się szczegółowo nad tym co wydarzyło się w ciągu ostatnich 12 miesięcy, nie będę robiła też olbrzymich podsumowań złożonych z kilku wpisów w stylu tych poprzednich, gdzie analizowałam cały rok miesiąc po miesiącu, opisując historię każdego z nich.
Dzisiaj chcę zaprosić Was na coś prostszego i bardziej przejrzystego, co mimo wszystko odda chociaż namiastkę ostatnich 365 dni. Niech to będzie i dla mnie taka kartka z pamiętnika, podsumowanie do którego w każdym momencie będę mogła zajrzeć i za jednym zamachem przypomnieć sobie, co w tym roku robiłam.
Zapraszam Was na trochę dłuższy, ale całościowy post. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. ;)

Podróżniczo

Podróżniczo był to rok raczej leniwy.
Pierwszy raz w życiu poczułam przesycenie wiecznym życiem na walizkach, pakowaniem na nowo jeszcze nierozpakowanej walizki i niemożliwością nacieszenia się własnymi czterem kątami.

.
Przez pewien czas nie miałam ani siły ani ochoty nigdzie się ruszać i jeśli tylko nie musiałam to spędzałam ten czas w domu lub najbliższych mi okolicach.
Niestety, ale między innymi pracowanie non stop w drodze i coweekendowe 400km dojazdy na i z uczelni potrafią dać w kość. W 2018 odczułam to jakoś bardziej, więc gdy tylko miałam taką możliwość chciałam po prostu pobyć trochę w domu. We własnym domu, a nie jakimś obcym hotelu.

Taki reset nie oznacza jednak, że w 2018 roku nie byłam zupełnie nigdzie!
Z ciekawszych miejsc nie sposób nie wspomnieć chociażby o kolorowym, pełnym zieleni, rowerów i ciekawych miejsc Białymstoku, moich cudownych Mazurach, gdzie zawsze uwielbiam wracać kilku skansenach w międzyczasie, czy w końcu najważniejszym wyjeździe ubiegłorocznych wakacji- urlopie na Roztoczu.

Roztocze to rodzinne strony mojej Babci i to z myślą o niej zaplanowaliśmy wycieczkę w tamte okolice, (więcej o tym wyjeździe pisałam <TUTAJ> ), więc przez kilka dni nie tylko intensywnie zwiedzaliśmy, ale poznawaliśmy również rodzinę, o której istnieniu miałam wcześniej znikomą wiedzę, a przy okazji dowiedziałam się też trochę więcej o moim pochodzeniu.


Po tym wyjeździe nie skłamię stwierdzeniem, że zakochałam się w Roztoczu! Jest to miejsce, gdzie czuję się naprawdę wspaniale i wspaniale mi się tam odpoczywa. W 2019 liczę na powtórkę takiego wyjazdu. Chociażby na kilka dni!

Podróży w 2018 roku nie było wiele, ale zdecydowanie wyniosłam z nich bardzo wiele dla siebie.

Zawodowo

W przeciwieństwie do podróży, zawodowo 2018 przyniósł mi naprawdę baardzo wiele zmian.
O ile jeśli chodzi o pracę, to zmieniła mi się tylko jej forma, o tyle ze studiami już od stycznia była totalna jazda bez trzymanki!

.
Zaczęło się od nieuruchomienia oczekiwanej przeze mnie specjalizacji, kombinowania i łapania się wszystkiego, by jednak móc robić to co chcę i nie musieć rezygnować ze studiów- załatwianie przenoszenia <KLIK>, rozważanie najlepszej opcji, a finalnie lekka zmiana zawodowego kursu okazała się kompromisem pomiędzy kilkoma kierunkami, które mnie interesują, a z których kiedyś musiałam (wtedy tak mi się wydawało) wybrać jeden.

Czy żałuję?  Po prawie roku jestem bliska stwierdzenia, że być może tak po prostu miało być. Może ktoś tam na górze nade mną czuwa? Jestem zadowolona ze specjalizacji której się podjęłam i widzę swoją drogę powiązaną z tym zawodem!

.
Los bywa cholernie przewrotny. Nigdy, przenigdy nie spodziewałam się, że wyląduję na specjalizacji, która będzie hybrydą finansów i prawa, a dodatkowo może dać mi możliwość pracy w jeszcze innym środowisku w którym pracować zawsze chciałam. Nie spodziewałam się też, że będę pisała pracę dyplomową z takiej dziedziny... o sporcie!
Audyt, finanse- a w tym wszystkim w roli głównej sport i klub któremu kilkanaście lat temu poświęciłam większość swojego czasu i oddałam mu moje serducho. Takie kwiatki. ;)

W czerwcu ciężki rok akademicki z porządnym przytupem przypieczętowała jeszcze niesamowicie ciężka sesja, którą na szczęście pokonałam w pierwszym terminie i cóż, nie ukrywam, że jestem z tego faktu naprawdę bardzo bardzo dumna! To było istne szaleństwo.
Nagrodą i osłodzeniem tego ciężkiego czasu niewątpliwie było - nieoczekiwane- otrzymanie stypendium! :D

Na studiach udało mi się jeszcze w ramach lektoratu odświeżyć rosyjski, a poza studiami starałam się znaleźć chociaż kilkanaście minut dziennie na włoski.
Poza studiami udało mi się wziąć udział w kilku webinarach.

Było dosyć intensywnie, ale poza początkowym zamieszaniem było naprawdę fajnie. Oby w kwestii rozwijania się, nowy rok był chociaż podobnie owocny!

Sportowo

Nie byłabym sobą, gdybym nie poświęciła chociaż kilku zdań na sport. W końcu to właśnie z tym obszarem związałam kilka najbliższych miesięcy pisania mojej pracy dyplomowej, a do tego wciąż jest ona bardzo bardzo ważnym aspektem mojego życia, więc nie sposób tej kwestii pominąć!

.
Sportowo był to emocjonujący rok. Jednym z ważniejszych wydarzeń była obrona złota mistrzostw świata przez naszych siatkarzy! Dla mnie prywatnie, zakończone mistrzostwa miały jeszcze kilka dodatkowych smaczków, więc radość tym większa.
Brawo chłopaki. Dzięki, że przypomnieliście mi, co to znaczy tak naprawdę angażować się w siatkówkę, bo dawno już tego nie czułam!

W siatkówce poza reprezentacją, bardzo pozytywnie zaskoczył mój miejscowy AZS, zajmując 4 miejsce w lidze i dostając się tym samym do europejskich rozgrywek. Parę lat już minęło, gdy ostatni raz gościliśmy na europejskich parkietach. Fajne uczucie. ;)

Awansem cieszyła się także w piłce nożnej, gdzie do 2 Bundesligi awansował Magdeburg.
Nie jest fajnie kończyć negatywnym akcentem, jednak niestety nie wszędzie w piłce kopanej było tak różowo. Ponownie dały o sobie znać zawirowania w Olsztyńskim klubie. Oczywiście żal ogółu, bo to jednak miejscowy klub i takie tam, ale mnie najbardziej dotykają sytuacje wiążące mnie z czymś lub kimś osobiście. Tym razem to właśnie ten typ okoliczności sprawił, że zagotowałam się do reszty!

Prywatnie


Prywatnie? Hmmm w minionym roku było całkiem sporo rodzinnych spotkań i uroczystości.
Do tego kilka wypadów do kina, spontanicznych samochodowych wycieczek donikąd, a do tego przez cały rok bawiłam się w idealną Panią Domu. I przyznam, że coraz bardziej mi się to podoba. Gotowanko, przetwory i takie sprawy... wiecie sami. ;)

Poza prowadzeniem domu były dzieci. Dużo dzieci!

.
Faktem jest, że nie jestem z typu ludzi, którzy rozpływają się nad każdym niemowlakiem i wolę nasze wygadane już 4 i 5-latki, jednak cóż innego rozczula bardziej, niż ten słodki szczerbaty dziecięcy uśmieszek? A w tym roku miałam okazję oglądać je częściej, bo przybyło mi kilka maluchów. Można powiedzieć, że w ciągu ostatnich miesięcy zostałam ciocią.. 5 razy! "Prawdziwą" i przyszywaną, ale jednak. ;)

Kto wie, może za rok w takim miejscu napiszę coś jeszcze innego. ;)

2018 minął mi niesamowicie szybko i dalej ciężko uwierzyć, że to już STYCZEŃ 2019! ;O
Raz było lepiej, raz gorzej. Zdarzały się okresy, gdzie z natłoku wszystkiego zapominałam jak się nazywam, ale i był czas dla siebie. Ogólnie 2018 będę wspominała pozytywnie!

A jak Wam minął 2018? Zapisały się w Waszej pamięci jakieś szczególnie ważne wielkie wydarzenia, czy czerpaliście radość z małych rzeczy?

P.S. W pierwszym wpisie nowego roku, chciałabym życzyć Wam wszystkiego co najlepsze. Dużo zdrowia i szczęścia. Dbajcie o siebie i o swoich bliskich, korzystajcie z każdego dnia i cieszcie się każdą drobnostką, która wnosi coś pozytywnego do Waszego życia. I oczywiście spełniajcie marzenia! ;D
Szczęśliwego Nowego Roku! ;)
Paczkomaty InPost- czym zyskały u mnie przewagę nad usługami kurierów i poczty?

Paczkomaty InPost- czym zyskały u mnie przewagę nad usługami kurierów i poczty?

Wielkimi krokami zbliżają się święta, tym samym okres, gdy budzi się w nas potrzeba intensywniejszych internetowych zakupów, a one... nie raz przysparzają problemów z odbiorem.

źródło

Nie wiem, czy również Wam tak dobrze znana jest sytuacja, gdy po powrocie do domu zastajecie w skrzynce awizo na paczkę, której nawet nie jesteście w stanie odebrać z poczty ze względu na nieodpowiadające Wam godziny otwarcia placówki lub gdy kurier ma przyjechać akurat wtedy, gdy jesteście poza domem, a w innych godzinach nie jeździ?

Większość z Was zapewne już korzystała z paczkomatów, ale jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji albo wciąż się waha- mam nadzieję, że poniżej znajdzie satysfakcjonujące Was informacje i spróbujecie sami.

Po raz pierwszy, gdy spotkałam się z paczkomatami nie miałam o nich zielonego pojęcia. Kupowałam coś na allegro, a w tamtym czasie moja szkoła i praca rodziców utrudniały odbiór jakiejkolwiek paczki od listonosza czy nawet kuriera (żadnemu nie chciało się jechać poza granice miasta po 19), tak więc zaciekawiła mnie dodatkowa opcja. Sprawdziłam co to takiego i spróbowałam pierwszy raz.

Już wtedy bardzo spodobała mi się taka metoda, bo z jednej strony szybko i wygodnie, a z drugiej- co było dla mnie zdecydowanie najważniejsze- w wybranym przeze mnie momencie!

W mojej opinii:

   1.Wygoda
W przypadku tej formy dostawy nie jesteśmy uzależnieni od godzin kursowania kuriera czy roznoszenia poczty przez listonosza. (a potem ganiania po pocztach z awizo!)
Gdy nadawca wyśle do nas paczkę jesteśmy informowani SMSem oraz mailem, w którym otrzymujemy numer przesyłki i od tego momentu na stronie internetowej możemy śledzić jej drogę.

Kolejną wiadomość otrzymujemy, gdy zostanie ona umieszczona w naszym paczkomacie docelowym. Wtedy dostajemy także indywidualny kod dzięki któremu- wraz z naszym numerem telefonu- odbieramy paczkę.
Sam odbiór jest niesamowicie prosty i szybki, a paczkomaty czynne przez 24h/7 dni w tygodniu.

   2.Dostępność
Być może w małych miejscowościach nie są one aż tak bardzo dostępne (chociaż wiem, że są i jest ich coraz więcej!), natomiast w miastach jest ich pełno. Kilka, kilkanaście, nawet i kilkadziesiąt. W zasadzie na każdym kroki.

Zazwyczaj zlokalizowane są w okolicach supermarketów i galerii handlowych bądź głównych ulic, więc paczkę możemy odebrać robiąc zakupy lub po prostu wracając z pracy, a i z zaparkowaniem w pobliżu auta zwykle nie ma problemów.
Sami wybieramy, który paczkomat będzie nam najprościej odwiedzić.

   3.Czas doręczenia
Osobiście w tej kwestii mam same jak najlepsze doświadczenia! Najdłużej paczka szła do mnie zdaje się 4 dni robocze! (na dodatek została nadana w późnych godzinach wieczornych) Zazwyczaj oczekuję 1-2 dni od daty nadania, a odebrałam i wysłałam już Paczkomatami dobrze ponad 150 przesyłek i naprawdę nigdy nie było problemów.
P.S. W soboty w miastach paczki są również dostarczane!

   4.Cena
Różni się ona w zależności od gabarytu paczki. 

Najtaniej za paczkę zapłacimy 8,99zł. Większy gabaryt wiąże się z opłatą 13,76zł

Dodatkowo firma Inpost oferuje usługi kurierskie z dostawą do domu- ceny od 13zł z groszami.

Oficjalny cennik znajdziecie tutaj <KLIK>


Za pomocą paczkomatów możemy zarówno odbierać jak i nadawać paczki.

Ogólnie jestem zadowolona z korzystania z tego sposobu wysyłki paczek, chociaż ostatnio bardzo odczułam zmianę terminu odbioru paczki z 72 na 48h. Na szczęście istnieje możliwość wydłużenia tych 48godzin specjalnym SMSem o kolejne dwie doby!

Pomimo zmian, ja jak na razie z czystym sumieniem mogę polecić paczkomaty.

Bardzo polubiłam się z dostawą do punktu i już od kilku lat nie wyobrażam sobie zakupów internetowych bez tego typu odbioru. Szkoda, że w tym momencie paczkomaty nie dają już możliwości wysyłki za granicę- na szczęście chociażby w Niemczech działa łudząco podobny do paczkomatów DHL Packstation.

Poza paczkomatami równie często korzystam z odbioru w kioskach, a ostatnio coraz częściej na stacjach Orlen. Dla mnie jest to najwygodniejsza i najmniej konfliktowa z codziennymi obowiązkami forma odbierania paczek.

Korzystaliście już? Jeśli tak, to jakie są Wasze doświadczenia? Przede wszystkim dajcie znać, czy wolicie formę odbioru w punktach, czy jednak najlepiej sprawdza się u Was tradycyjnie kurier bądź listonosz. ;)
Copyright © Traviollini , Blogger